EPOXY

środa, 29 sierpnia 2012

Fanart nr 41: Tomasz Stabiński

Autorem ilustracji widocznej obok jest Tomasz Stabiński. Jego komiksowe (chociaż nie tylko) prace można oglądać na blogu http://stabpage.blogspot.com. O "Thorgalu mówi:

"Moja przygoda z "Thorgalem" miała miejsce gdzieś w okolicach drugiej klasy podstawówki. W naszej szkolnej bibliotece (która wtedy wydawała mi się była największym zbiorem literatury wszelakiej w promieniu 10 kilometrów) mieliśmy specjalną, położoną gdzieś na dole i w samym kącie półkę, na której znajdowały się tylko komiksy. Półka była oblegana przede wszystkim przez chłopaków, którzy ustalali kolejność wypożyczania "kto, kiedy i co". "Thorgal", którego biblioteka posiadała w oszałamiającej ilości pięciu albumów, był tytułem najbardziej obleganym - ja, z natury człowiek odpuszczający, wchłaniałem w tym czasie inne komiksy, przeważnie z gatunku sf. W końcu trafił do mnie album "Gwiezdne dziecko", w którym pojawiła się historia zawierająca motyw młodego Thorgala lecącego na kocie z Krasnalem na plecach. Można powiedzieć że mocno to mną wstrząsnęło. Przeczytałem jeszcze kilka innych albumów, ale dziś nie pamiętam niczego, oprócz tych latających kotów i emocji z nimi związanymi - smutek towarzyszący, gdy jeden z nich zmarł oraz ulgę, gdy chwilę później okazało się, że jednak nie. Takie rzeczy w świadomości dzieciaka zostają na długo."

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Wywiad z Piotrem Rosińskim (część 2)

Piotr Rosiński jest z wykształcenia grafikiem, zawodowo zajmuje się projektowaniem graficznym. Od wielu lat odpowiada za wizerunek i promocję "Thorgala", dba o stronę edytorską wszystkich albumów rysowanych przez swojego ojca, organizuje wystawy z jego pracami. Jest pomysłodawcą projektu rozbudowy uniwersum "Thorgala". Syn Grzegorza Rosińskiego zgodził się na dłuższy wywiad na temat pracy nad "Światami Thorgala", ale nie tylko... Oto druga część rozmowy:

Skąd wziął się pomysł na rozbudowywanie uniwersum "Thorgala"?

Zazdrościłem Scotchowi Arlestonowi, że tak świetnie rozkręcił swoje wydawnictwo i to wszystko opierało się właśnie na spin-offach: "Lanfeust z Troy", "Trolle z Troy", "Lanfeust w kosmosie"... I pomyślałem sobie, że to jest jakiś problem, że całe wydawnictwo Soleil może funkcjonować na jednym bohaterze, a tutaj "Thorgal" jest sam i tylko ojciec z tym, który rok w rok musi to robić. Uważałem, że trzeba absolutnie coś z tym zrobić, rozwijać to. Natomiast opór był przede wszystkim ze strony... Główną przeszkodą był w zasadzie Jean Van Hamme.

To było z dziesięć lat temu. Opisałem pomysł rozwinięcia świata "Thorgala", dając przykłady, na wzór amerykańskich serii, że są rozwijające się światy, że jeden rysownik nie musi tego rysować, proponując, żeby okładki robił mój ojciec, bo wiedziałem, że on to po prostu lubi i chce sobie malować, bardziej niż rysować. Ale Van Hamme się wkurzył, że to w ogóle hańba, że będziemy robić byle co, że może jeszcze na papierze toaletowym, że on się nie zgadza.

Byliśmy w zasadzie kompletnie sami z tymi "Światami Thorgala", nikt nie był tym zainteresowany. Ciągle słyszałem, że to jest skomplikowane, że czytelnicy będą się czuć zdradzeni... Jakieś takie farmazony.

Było naprawdę ciężko z wydawcą. Yves Sente w zasadzie powoli się jakoś tam wycofywał z tego wydawnictwa, zajmował się innymi projektami, ojciec sam rysował ciągle "Thorgala". Był samotny i trochę sfrustrowany, że się musi tym sam zajmować, a chciałby się jednak trochę odciążyć, bo produkcja jednego albumu rocznie przez 30 lat...

To były trzydzieste urodziny "Thorgala", kiedy wspieraliśmy na stanowisko dyrektora wydawniczego zupełnie nowego człowieka. Wspieraliśmy go tylko i wyłącznie z tej przyczyny, że on miał się zająć głównie "Thorgalem". Problem w tym, że przez dwa lata nie zrobił kompletnie nic, tylko piął się w hierarchii, bo wreszcie się zrobiła przestrzeń wokół niego w wydawnictwie. Wreszcie stał się dyrektorem wydawniczym całego Le Lombard. I tym tym czasie nie zrobił kompletnie nic.

W międzyczasie robiliśmy swoje, bo zdecydowaliśmy, że to masakra jest po prostu: "Robimy swoje, nawiązujemy kontakty i tworzymy im te "Światy Thorgala", czy oni chcą czy nie chcą." Ciężko było się z tego wydawnictwa wyprowadzić.

Przywodzi mi to na myśl casus "Asteriksa", którego od pewnego momentu Uderzo zaczął wydawać we własnym wydawnictwie...

Z "Asteriksem" faktycznie było tak, że kiedyś należał do Dargaud. Wystąpienie Uderzo o prawa do serii to była największa klęska tego wydawnictwa. Dla Le Lombard było nie do pomyślenia, żeby "Thorgal" mógł pójść do innego wydawcy. Przez dwa lata trwała przepychanka, aż w końcu się wszyscy wzięliśmy w garść, wszyscy to znaczy ja i Yves Sente, i na kanwie mojego pomysłu, wiedząc dokładnie, jak ojciec to sobie wyobraża, czego on by chciał, Yves opracował plan "Światów Thorgala".

Pod kątem scenariusza, tak?

Generalnie w jakim kierunku to powinno podążyć. Ale też jaką ma mieć formę. Postawiliśmy na swoim, zrobiliśmy tak, a nie inaczej i już. I nikt, od kiedy wyszła "Kriss de Valnor", pierwszy tom "Światów Thorgala", nigdy nie miał żadnych negatywnych uwag co do tego. I w zasadzie to mogło mieć miejsce dziesięć lat wcześniej, w stu procentach w takiej samej formie, ponieważ to wygląda tak, jak to sobie zaplanowałem dziesięć lat temu, pisząc do Van Hamme'a, co on na to.

Mówisz, że Van Hamme był temu projektowi przeciwny, ale przecież od kilku lat ukazuje się spin-off "XIII"...

Ja myślę, że on odpuścił. Po prostu zobaczył, że to jednak ma sens, te spin-offy.

Jak, z Twojej perspektywy, wyglądał schyłek pracy Jeana Van Hamme'a nad "Thorgalem"?

Oni się już męczyli. Van Hamme zaczynał robić inne serie, ciężko mu było wrócić do "Thorgala" po rozpoczęciu "XIII". To były zupełnie inne światy. Zdecydowanie było widać, że on się lepiej czuje we współczesnych historiach, już w zasadzie tylko "Thorgal" był dla niego takim komiksem fantasy, który robił, bo inne scenariusze to jest Ludlum i Alistair MacLean, współczesne historie sensacyjne. Nie kojarzę późniejszych, równoległych do "Thorgala", fantastycznych historii napisanych przez niego. Po prostu przestało go to interesować, stracił zapał, stracił pomysły i niestety, jeśli scenarzysta traci zapał, to udziela się to rysownikowi. I było cholernie szkoda, bo my wszyscy ciągle widzieliśmy potencjał w tym, mnóstwo niewykorzystanych sytuacji, jak widać chociażby teraz, co się dzieje; że to ma ręce i nogi, jest lubiane i czytane.

Wiesz co, ja jestem kinomanem. I zobacz, tutaj jedna osoba pisze scenariusz, jedna osoba rysuje, raczej ta sama osoba robi kolor, chyba że jej się nie chce i robi to Graza, ale teraz kolor robi raczej mój ojciec. Masz dwie osoby, które pracują. Nikt inny nie robi żadnego spin doktoringu. Czyli te osoby są odpowiedzialne za to, żeby rok w rok wychodził album, który ma zapewnić 250-300 tys. sprzedaży. Ale to są tylko dwie osoby. Tymczasem regularnie oglądam filmy robione przez sto albo i sto pięćdziesiąt osób, których budżet produkcyjny i promocyjny jest stukrotnie albo tysiąckrotnie większy od komiksu, i są żenujące. Po prostu. Utrzymanie przez dwóch twórców ciągle wysokiego poziomu? W kinie to się nigdy nie zdarza. W niczym... Nie ma takich serii, które byłyby przez trzydzieści lat tworzone ciągle na topie i były świetne. A tutaj masz tylko dwóch ludzi odpowiedzialnych za to. Były góry i doły, i jest to zupełnie naturalne. Natomiast grunt to jest w zasadzie nie żeby się przypodobać; przynajmniej cel przyświecający mojemu ojcu był zawsze taki, żeby zrobić przyjemność jak największej ilości ludzi, a szczególnie, zrobić tą przyjemność regularnie. I często po prostu nie ma czasu, żeby się zastanowić porządnie nad tym, co się robi, bo trzeba to zrobić w terminie. Czyli mnóstwo jest jakichś niedociągnięć. Nie mniej, mimo tych niedociągnięć, to jednak ciągle "Thorgal" jest na topie w sprzedażach. Wszystkich. Jest najlepiej sprzedającą się książką we Francji w momencie, kiedy wychodzi. Przynajmniej przez tydzień czy dwa, jest na absolutnym topie, często pierwszy ze wszystkich książek, nie tylko komiksów.

Czyli Twoim zdaniem teraz jest lepiej, kiedy więcej osób pracuje nad "Thorgalem".

Oczywiście, że tak. Mamy gwarancję... Chociaż na przykład wczoraj dostałem informację od Wojtka Birka, który tłumaczy trzeci album "Kriss de Valnor" i który chciał nieśmiało zwrócić uwagę na to, że pod koniec drugiego tomu Kriss kładzie się do łóżka pełna ran i plasterków na ranach, a na początku trzeciego tomu, jak wstaje z łóżka, już nie ma tych plasterków. No i to są takie rzeczy... Akurat wydawca był na wakacjach, nie zwrócił uwagi. Wiesz, to nie ojciec to rysuje, tylko Giulio, ale mimo wszystko powinniśmy być bardziej uważni, tak? Ale też jesteśmy trochę zmęczeni.

Zmęczeni projektem "Światów Thorgala"?

Słuchaj, życiem z Thorgalem (śmiech). Po prostu trochę zmęczeni. To normalne. Co nie znaczy, że to nas nie interesuje. Wręcz przeciwnie, interesuje ciągle. Jest to bogata rzecz, tym bardziej, że wciągnęliśmy w to innych rysowników, dla których jest to zupełnie coś nowego. Oni są super szczęśliwi, że im się to przytrafia. Zresztą my też, bo to jest też świeża krew dla ojca, jakiś kontakt, wymiana z ludźmi, którzy siedzą nad jego światem. Nie pomagają mu, ale dają mu nowej energii, mobilizują go.

Mówisz o podobnej energii, której zastrzyk dostał robiąc "Zemstę hrabiego Skarbka", prawda?

To jest innego typu energia. Ja bym nie przeceniał tego Skarbka jako wejścia do "Thorgala", w sensie koloru bezpośredniego, ponieważ już "Western" był kolorem bezpośrednim. Wszyscy o tym zapominają, zresztą z moim ojcem włącznie. "Western" był jeszcze rysowany, Skarbek jest malowany, ale to był kolor bezpośredni. Ale ze Skarbkiem faktycznie było tak, że po jego namalowaniu ojcu nie chciało się wracać do piórka.

Kontynuacja rozmowy z Piotrem Rosińskim do przeczytania w tym miejscu.
Pierwsza część dostępna jest tutaj.

środa, 22 sierpnia 2012

Fanart Projekt nr 2: Łukasz Kuciński

Autorem pełnej humoru jednoplanszowej historyjki poświęconej Strażniczce Kluczy, którą można przeczytać poniżej i której okładka znajduje się obok, jest Łukasz Kuciński. Łukasz przez wiele lat publikował swoje paski komiksowe na łamach "Ekspressu Sochaczewskiego", lubi tworzyć rysunki satyryczne, prowadzi bloga http://bofzin.blogspot.com. Na temat "Thorgala" mówi:

"Thorgal" to jedna z moich ulubionych serii komiksowych. Wychowałem się na niej, a rysunki Grzegorza Rosińskiego mocno wryły się w moją wyobraźnię. Uwielbiam wtapiać się w światy wykreowane przez Mistrza. Mój ulubiony album to „Łucznicy”. Jestem niezwykle ciekawy, jak dalej potoczą się losy rodziny Thorgala we wszystkich spin-offach. Z chęcią też zobaczę wystawę prac Mistrza w Stalowej Woli".




poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Wywiad z Piotrem Rosińskim (część 1)

Piotr Rosiński jest z wykształcenia grafikiem, zawodowo zajmuje się projektowaniem graficznym. Od wielu lat odpowiada za wizerunek i promocję "Thorgala", dba o stronę edytorską wszystkich albumów rysowanych przez swojego ojca, organizuje wystawy z jego pracami. Jest pomysłodawcą projektu rozbudowy uniwersum "Thorgala". Syn Grzegorza Rosińskiego zgodził się na dłuższy wywiad na temat pracy nad "Światami Thorgala", ale nie tylko... Oto pierwsza część rozmowy:

Kiedy Twój ojciec rozpoczął pracę nad "Thorgalem" miałeś dziewięć lat. Pamiętasz swój pierwszy kontakt z tym tytułem?

Tak. Pierwszy kontakt to w ogóle nie był "Thorgal", tylko to był "Ragnar". Moje wspomnienia sprzed tylu lat są dosyć mętne, ale pamiętam, że najpierw to miał być "Ragnar" i ojciec się zastanawiał, czy może tak być, skoro on już widział wcześniej Ragnara w jakimś komiksie z lat 50-tych czy 60-tych. To było takie pierwsze spostrzeżenie. Poza tym nie było jeszcze wtedy mowy o żadnych wyjazdach z Polski. Siedzieliśmy w małym mieszkanku na Żoliborzu, na Marymoncie, za dworcem PKS Marymont, w bloku, gdzie ojciec miał maciupeńką pracownię, do której regularnie się włamywałem, żeby w niej posiedzieć, pogrzebać w jakichś jego niedozwolnych dla mnie, dla dzieci w ogóle, skarbach. I przyglądałem się, jak on sobie szkicuje te pierwsze rzeczy związane z "Thorgalem", jak opracowuje jakieś tam postaci. Chwalił się nam tym, ale raczej robił to dla siebie sobie w kącie.

I przesiadywałeś w jego pracowni, przyglądając się temu co robi, czy raczej się włamywałeś do niej potajemnie?

I jedno i drugie. Ojciec zainstalował sobie taki haczyk na samej górze drzwi, żeby dzieciom ciężko było się tam dostać. Ta zasuwka była przy górnej części framugi. No ale krzesła istnieją...

Można powiedzieć, że zostałeś fanem "Thorgala", podobały Ci się te rysunki, te komiksy, czy może były inne fajniejsze rzeczy, które robił Twój ojciec?

Dla mnie to było to samo, kolejna przygoda. Ojciec już wcześniej w "Relaxie" robił historyczne opowiadania o wikingach i dla mnie to było jakieś takie zupełnie naturalne przejście. To nie było nic zupełnie nowego, aczkolwiek dynamika w tym była dosyć zadziwiająca, również dla mnie. Ojciec naprawdę bardzo się przykładał. Zresztą do wszystkiego się przykładał. To zrewolucjonizowało jego rysunek. Kiedyś miał po prostu frajdę, wszyscy ją mieliśmy. Ale ja nie byłem jakimś szczególnym "fanem", bo to jest dla ciebie zupełnie naturalne, jak masz coś takiego w domu.

Jak to było być synem rysownika komiksów?

Fajne było, chodziliśmy sobie z ojcem do KAWu. W KAWie na rogu Poznańskiej i Wilczej, jeśli dobrze pamiętam, bo byłem naprawdę mały wtedy, w redakcji była taka fajna szafa i ja się w tę szafę po prostu wpychałem i wydobywałem sobie z niej "klassikery". Zresztą mnóstwo mieli tam komiksów, takie archiwa wydawnictwa, które od nich wyłudzałem. To samo było na targach książki. Ciągle były u nas jakieś nowe albumy, nowe książki, ponieważ ojciec miał dojście do jakiegoś dystrybutora na Polskę; takiego pseudo dystrybutora, bo przecież w tamtym czasie nie było żadnej dystrybucji tego. "Interpress" to się chyba nazywało. To przede wszystkim dzięki temu, że ojciec był rysownikiem komiksów, u nas były zachodnie książki, których nie było nigdzie i u nikogo. Ja z książkami, pięknymi książkami, miałem do czynienia w PRLu. To było dla mnie frajdą. Megafradją...

Miałeś jakieś przywileje w szkole, związane z tym, że twój ojciec rysował komiksy?

Zero.

To znaczy, że Twoi rówieśnicy nie czytali komiksów?

Nie było żadnego entuzjazmu w moim kierunku związanego z tym faktem, a raczej byli zazdrośni. Zawsze miałem z tym problemy. Nigdy mi to w niczym nie pomagało. Ani wcześniej, ani później. Raczej często było przeszkodą.

Ciągnęło Cię do komiksu, w tym sensie, że mógłbyś zostać twórcą komiksów? Myślałeś o tym?

Nie, w zasadzie nigdy, bo ja nie mam takiej cierpliwości po prostu, żeby zacząć coś i rok nad tym siedzieć, i jeszcze w tym samym stylu. Jestem bardziej impulsywnym projektantem. Lubię być zaskakiwanym przez nowe projekty, bardziej jestem ilustratorem, jak już, niż rysownikiem komiksów. To trzeba by mieć absolutnie niewiarygodną dyscyplinę i cierpliwość, a ja kompletnie tego nie mam. Ani jednego, ani drugiego. Nie mam dyscypliny, takiej żeby jeden jeden styl ciągnąć przez całe życie, a co dopiero jeden album... Ale dziedzin twórczości plastycznej są setki. Ja sobie po prostu wziąłem inne. Projektuję książki.

Czyli idąc na ASP nie myślałeś o tym, żeby kiedyś móc kontynuować pracę swojego ojca.

Nawet do głowy mi nie przyszło. Ja w ogóle niepotrzebnie poszedłem na ilustrację, powinienem był pójść od razu na typografię, bo mnie ilustracja nigdy tak bardzo nie interesowała. Uwielbiam oczywiście oglądać, ale nigdy nie miałem przyjemności w rysowaniu, w ilustrowaniu, bardziej w układaniu, w kompozycji, w typografii czy też fotografii. W tym się czuję najlepiej. Ale żeby rysować, to jakoś za bardzo mi się nie chciało...

A czemu zdecydowałeś na to, żeby studiować w Polsce, a nie w Belgii?

Faktycznie, uległem mitom, które mój ojciec przez lata rozprzestrzeniał; że Warszawska Akademia Sztuk Pięknych jest najlepszą uczelnią plastyczną świata. Nie wiem dlaczego, jakoś nie chciało mi się szukać innych uczelni... To znaczy najpierw studiowałem w Brukseli, w najlepszej belgijskiej szkole – La Cambre. W pewnym momencie różne historie mnie ściągnęły do Warszawy... Zakochałem w córce profesora Majewskiego, który prowadził pracownię projektowania graficznego, wtedy pracownię plakatu i wyjechałem z Belgii. Była to dobra okazja, żeby nie kończyć La Cambre, tylko skończyć studia w Warszawie u Stannego i u Pągowskiej. Byłem ostatnim studentem Teresy Pągowskiej. Pewnie gdyby trochę dłużej została na Akademii, to bym jeszcze malarzem został, grafikiem. Okazało się, że w tym kierunku mam inklinacje i podobno nawet talent. Ale nigdy nie myślałem, żeby rysować komiksy. Nie narysowałem w życiu jednej strony komiksu.

Czyli nawet jako dziecko nie podejmowałeś jakichkolwiek prób?

Nie wiem, może były jakieś jeden, dwa rysunki. Tak jak na okładce pierwszej książki Raczkowskiego tata pokazuje synowi jak się rysuje, to ja miałem dokładnie identycznie: "Tak się rysuje!" Trochę mnie to zniechęcało.

Jakie komiksy czytałeś jako dziecko?

"Blueberry'ego". "Blueberry", "Valerian", "Jérémie" Paula Gillona... Genialna historia o piratach. Na okrągło mogłem ją oglądać, bo czytać jeszcze nie czytałem po francusku; zresztą bardzo długo nie czytałem po francusku – do Belgii wyprowadziliśmy się jak miałem 14 lat. Czyli dla mnie "Blueberry" to było absolutnie to. To było coś niewiarygodnego. W zasadzie to wystarczyło mi do szczęścia. I "Valerian". Dwa takie moje ulubione komiksy.

Czyli "Western" zrobiony przez Twojego ojca był dla Ciebie strzałem w dziesiątkę, bo z tego, co mówisz, rozumiem, że lubisz westerny.

Tak. Lubię mroczne westerny, nie za bardzo te epickie historie. Lubię takie typu "Bez przebaczenia" z Clintem Eastwoodem, takie ciężkie filmy.

A jakie komiksy dzisiaj czytasz?

Nie czytam komiksów.

"Thorgala" czytasz?

No tak, tak. Bo muszę.

I który album jest Twoim zdaniem najlepszy? Albo inaczej, ulubiony?

Oj, uwielbiam "Upadek Brek Zarith". Uwielbiam to. Po prostu wszystko mi się w nim podoba. Rysunek jest genialny, historia świetna, szalona, super. To jest dla mnie najlepszy "Thorgal".

Gdybyś miał wpływ na to, co się działo w serii, co byś zmienił?

Co bym zmienił? Przede wszystkim stworzyłbym Aaricię w sposób bardziej charyzmatyczny, bo ona jest taką babą, babuszką, babolem. Nie wiadomo, czym się stała później. Taką kurą domową... I to nie jest dobry pomysł, bo czemu ma służyć w takiej formie? Po prostu natychmiast Kriss de Valnor stała się najatrakcyjniejszą kobietą w całej tej sadze, a Aaricia jest częścią „promocji” całego "Thorgala", to znaczy zawsze, albo często, pojawia się obok Thorgala i taka przeszkadzajka się z niej zrobiła, a nie pełnowartościowa partnerka.

Jeszcze jedna rzecz, która mnie zawsze wkurza w "Thorgalu", to jest takie wzdychanie do niej. „Moja ukochana, zawsze będę do Ciebie wracał!” To takie "ćwir, ćwir, ćwir" jest strasznie naiwne i sztuczne, zawsze mnie to drażniło.

Co bym zmienił? Ja bym po prostu wcześniej to przypilnował, gdybym się tym interesował, a ja się zająłem "Thorgalem" dopiero od "Barbarzyńcy". Jak dostałem do zatwierdzenia jakieś materiały promocyjne, już w Paryżu wtedy mieszkałem, no to mi szczęka opadła, bo nie zdawałem sobie sprawy, że to jest aż tak złe, co się dzieje dookoła "Thorgala"; że ta promocja jest tak beznadziejna, że jest tak niechlujnie robiona. No i siedziałem ze dwa dni nad tym, a to były takie dossier prasowe dla dziennikarzy... Siedziałem nad tym i się zastanawiałem, jak wytłumaczyć grafikom, których nie znałem, co jest w tym źle, a było tak źle, że siedziałem cały dzień i pisałem. I pomyślałem sobie wtedy, że to jest bez sensu, co ja robię i że ja to powinienem zrobić sam, a nie opowiadać, jak to ma być zrobione. I zrobiłem dziką awanturę, że są niepoważni, że nie można się tak poważną serią zajmować, robić to byle jak i dawać komuś, kto nie ma o tym pojęcia, po prostu robi brzydkie rzeczy. Strasznie się wtedy zdenerwowałem, ponieważ dotarło do mnie, że ja gdzieś tutaj w Polsce próbuję jakieś agencje reklamowe rozkręcać, a tymczasem była wielka robota do zrobienia, nad wielką serią, nad wielkim projektem we Francji. I wtedy się zorientowałem, że od lat po prostu robi to ktoś lewą ręką byle jak. I bardzo szybciutko sprawy wziąłem we własne ręce i zacząłem się zajmować kolejnymi projektami. I od tej pory, od "Barbarzyńcy", robię w zasadzie wszystko to, co jest gdziekolwiek związane z promocją czy wydawaniem "Thorgala" przez Le Lombard.

Kontynuacja rozmowy z Piotrem Rosińskim do przeczytania 27.08.

piątek, 17 sierpnia 2012

Rozmowa z Piotrem Rosińskim

Jeszcze tylko do niedzieli w Muzeum Regionalnym w Stalowej Woli oglądać można wystawę retrospektywną pod tytułem "Grzegorz Rosiński. Mistrz ilustracji i komiksu". We wrześniu ekspozycja trafi do Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej "Manggha" w Krakowie, a w listopadzie do Muzeum Narodowego w Kielcach. Piotr Rosiński, kurator wystawy, zgodził się udzielić odpowiedzi na kilka pytań z nią związanych.

Jak patrzysz na komiks w przestrzeni muzealnej?

Tak samo, jak na ilustrację. Widziałem setki wystaw ilustracji. Komiks jest po prostu formą ilustracji. A gdzie to miałoby być pokazywane, jak nie w muzeum? Widziałem wystawę projektów architektonicznych, projektów scenografii, komiks to dla mnie oczywista rzecz. Ma takie samo prawo być wystawiany w muzeum. Dopóki jest to dziedzina plastyczna i interesuje ludzi, to dlaczego miałby się tam nie znaleźć. Natomiast nie lubię wystaw reprodukcji. Uważam, że są kompletnie zbędne w takich istotnych przestrzeniach wystawowych. Reprodukcję kupujesz sobie w Empiku, po prostu album. Nigdy nie robiłem ojcu wystaw z reprodukcjami. Uważam, że jest to nieinteresujące. Wystawy z reprodukcjami można sobie zrobić gdzieś na korytarzu, jako dekorację, jakiś dodatek do jakiegoś festynu. To jest jak najbardziej sympatyczne, ale to nie jest dla mnie tak naprawdę żadna sprawa. Natomiast wystawa oryginałów... Widziałem, jak w Stalowej Woli ludzie z nosem przy planszach pod światło oglądają, jak się błyszczy tusz czy farba na papierze. To jest fajne.

Ile pracy zajęło Ci, żeby zorganizować to wszystko, co mogliśmy obejrzeć w Stalowej Woli? Jak się robi taką wystawę?

To jest już chyba dziesiąta wystawa, jaką robię ojcu. Nie różni się wiele od poprzednich. Różni się tym, że jest dużo więcej polskich projektów, tych zrobionych w Polsce. I jest pierwsza w Polsce wystawa, którą organizuję. Była taka dużo mniejsza wystawa na festiwalu w Łodzi, ja się nią nie zajmowałem, ale na tę skalę, no to pierwsza. A jak ja to robiłem? Po prostu miałem te rzeczy przygotowane wcześniej, niektóre były już nawet oprawione, niektóre były nawet oprawione w ramy z pierwszej wystawy w Angoulême, czyli to już chyba będzie z dziesięć lat temu. Ja lubię się w tym grzebać później i tak to zbierać. A ile czasu to trwało? Tydzień.

Bity tydzień siedzenia?

No, tak. Poprosiłem Magdę Wielgocką o zmierzenie wszystkich ścian, ona mi wysłała projekt tych ścian i ja sobie to projektowałem, jakbym robił projekt graficzny, każdą ścianę osobno i w zasadzie później to było bardzo wierne temu, co obmyśliłem sobie siedząc w domu. To, co widać, było bardzo wierne tej kompozycji ścian, które sobie zrobiłem w zasadzie nie będąc na miejscu… Byłem w tym muzeum kiedyś, dwa lata temu, przez chwilę, ale nawet nie w tych salach, w których to było wystawiane.

Wystawy w Krakowie i w Kielcach będą się jakoś różniły od tej stalowowolskiej?

Tak. Tego Krakowa to się trochę boję, bo nie za bardzo panuję nad przestrzenią, która tam jest. Ta przestrzeń jest jakaś bardziej modularna. Okazuje się, że można ją przesuwać, że w ogóle można kręcić ścianami na wszystkie strony. I nie za bardzo panuję nad tym po prostu, nie za bardzo to sobie wyobrażam i mam nadzieję, że pani Ania Król, która jest tam kuratorką, pomoże mi w tym. Ona jest wybitną wystawienniczką, wybitną kuratorką, chyba wykłada to nawet na krakowskiej akademii. I tak nie za bardzo chciałbym to sam robić. Pewnie bym sobie z tym poradził, tylko już nie chcę tego robić na odległość, będę musiał tam przyjechać. Zresztą w Stalowej Woli siedziałem tydzień przed wystawą i tam działałem. Tylko "Manggha" jest bardziej skomplikowaną przestrzenią.

A jak porównałbyś przestrzenie Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli oraz Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej "Manggha" do tego, co miało miejsce w tamtym roku w Saint-Ursanne w Szwajcarii?

W Saint-Ursanne to były przypadkowe wnętrza, a nie wnętrza wystawowe. Taka mniejsza, bardzo niska galeryjka w jakimś średniowiecznym budynku; zresztą wszystkie domy tam są średniowieczne... I jakaś taki klasztor. Ale tam to była kupa reprodukcji. Były duże obrazy, było sporo oryginałów, ale było też sporo wydruków. Na korytarzach wisiały wydruki, a w kościele, w kaplicy, duże obrazy przedstawiające Merowingów, które są na korytarzu w Stalowej Woli. Oni to sami zrobili, ale nie mieli żadnego doświadczenia. Te rzeczy były po prostu powieszone. To nie było nic ciekawego, nie było żadnej scenografii, legendy. W kaplicy puszczano film z malowania obrazu z Kriss de Valnor, tylko ciągle mieli z dźwiękiem problemy.

Tak jak w Stalowej Woli, "Manggha" to będzie prawdziwe muzeum. Różne już takie miejsca były. W Conciergerie w Paryżu to była sala wystawowa, która regularnie służy do takich celów, przy samej celi Marii Antoniny i gilotyny, która tam wisi obok. W muzeum komiksu w Brukseli robiłem wystawę, to była specjalna przestrzeń wystawiennicza do wystawiania komiksów, i to była bardzo duża wystawa, ale bez takiej ilości polskich akcentów. Nigdzie nie było tak obszernej wystawy w ogóle. Naprawdę teraz dałem wszystko, co się dało, co się zmieściło.

 Dziękuję za rozmowę.

środa, 15 sierpnia 2012

Fanart nr 40: Nikodem Cabała

Autorem ilustracji widocznej obok jest Nikodem Cabała, rysownik zrobionej z rozmachem serii science-fiction pod tytułem "BIOCOSMOSIS" (do scenariusza Edwina Wolińskiego). Na swoim koncie ma również takie albumy, jak "Mrok: Przebudzenie" (do scenariusza Roberta Zaręby) i "Pomidorowa" (do scenariusza Łukasza Borowieckiego), a także liczne publikacje w antologiach "Strefy Komiksu" czy nieistniejącym już piśmie "AQQ". Na temat "Thorgala" powiedział:

"Zawsze imponowała mi oryginalność tego komiksu, i nie mówię tu tylko o świecie i bohaterach, ale przede wszystkim o stylistyce, rysunkach i klimacie, jaki nadał mu Grzegorz Rosiński. Zawsze wyróżniał się na tle swoich kolegów po fachu, posiadający nie tylko warsztat, ale przede wszystkim swobodną i dynamiczną kreskę. Starający się poszukiwać dla siebie nowych możliwości, zmieniając technikę, próbując nowych stylistyk. Mam wielki szacunek do jego twórczości, jak i do niego samego. Zrobienie tego fanartu było dla mnie trochę jak wyzwanie, widzę teraz jak daleka droga jeszcze przede mną..."

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Making of "Światów Thorgala"

Jesienią tego roku wydawnictwo Le Lombard wyda album specjalny poświęcony "Światom Thorgala". W bogato ilustrowanym "Secrets de Création" ("Tajniki tworzenia") znajdą się zdjęcia, projekty okładek, szkice, a także plansze nawiązujące do planowanych na najbliższą przyszłość komiksów: trzeciego albumu cyklu "Kriss de Valnor", drugiego albumu "Louve" oraz pierwszego albumu "Młodości Thorgala". Licząca 48 stron publikacja zawierać będzie również wywiady z Grzegorzem Rosińskim, Yves'em Sentem, Yannem, Giulio de Vitą i Romanem Surżenko.

środa, 8 sierpnia 2012

Fanart Import nr 2: Robert J. Bavington

Autorem ilustracji widocznej na zdjęciu obok jest Robert J. Bavington, grafik z Wielkiej Brytanii. Na swoim koncie ma między innymi wydany niedawno autorski album "Brazil: Inked Memories", dziennik podróżny w postaci komiksu o wyprawie do największego państwa Ameryki Południowej. Więcej na temat pracy Roberta można dowiedzieć się z jego bloga (tutaj). O "Thorgalu" powiedział:

"Dzięki jednocześnie silnej lecz delikatnej kresce Rosińskiego i mistrzowskiemu sposobowi opowiadania Van Hamme'a, "Thorgal" jest dowodem na to, że komiksy nie muszą być superbohaterską naparzanką i walką dobra ze złem przez cały czas."

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

"Thorgal: Wyprawa do Krainy Cieni" po polsku

We wrześniu (26.09) nakładem wydawnictwa Egmont Polska ukaże się drugi tom książkowej adaptacji serii "Thorgal" pod tytułem "Wyprawa do Krainy Cieni" autorstwa Amélie Sarn. Książka ukaże się w miękkiej (29,99 PLN) i twardej (39,99 PLN) oprawie.

piątek, 3 sierpnia 2012

Polska premiera "Kriss de Valnor" i "Louve"

Wydawnictwo Egmont wstępnie planuje wydanie trzeciego albumu cyklu "Kriss de Valnor" i drugiego albumu cyklu "Louve" na 3 grudnia, a więc dokładnie za cztery miesiące.

Oba komiksy na rynku franko-belgijskim ukażą się w listopadzie: "Digne d'une reine" ("Godna królowej") 2 listopada, a "La main coupée du dieu Tyr" ("Odcięta dłoń boga Tyra") 16 listopada.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Wywiad z Magdaleną Wielgocką

fot. Piotr Rosiński
Magdalena Wielgocka jest pracownikiem Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli, koordynatorką retrospektywnej wystawy pod tytułem "Grzegorz Rosiński. Mistrz ilustracji i rysunku" (tutaj), którą można oglądać od 29 czerwca do 19 sierpnia. Magda zgodziła się udzielić odpowiedzi na kilka pytań związanych z tym szczególnym wydarzeniem.




Powiedz szczerze, korciło Cię, żeby którąś z prac zabrać do domu?

Tak, sepiowy szkic do okładki "Westernu" dosłownie wcisnął mnie w fotel. Olejna praca jest fantastyczna, wyzwaniem był dobór ramy dla tego obrazu, tym bardziej że został przywieziony do Muzeum jako jeden z ostatnich. Teraz prezentuje się fenomenalnie w prostej, czarnej ramie. Po cichu mogę dodać, że jedną z prac mam w zindywidualizowanym egzemplarzu katalogu do wystawy – na pierwszej stronie Grzegorz Rosiński narysował mi Thorgala.

Czytasz w ogóle komiksy?

Zaczęłam przed wystawą (śmiech). Jako element przygotowywania wystawy musiałam nadrobić zaległości – połknęłam "Zemstę Hrabiego Skarbka", kilka zeszytów "Thorgala" i inne.

A czytałaś komiksy jako mała dziewczynka?

Jasne, w tamtych czasach to sam wiesz, że nie było wielkiego wyboru – poza „Wieczorynką” komiksy były najlepszą rozrywką. "Tytus Romek i A’Tomek", "Kajko i Kokosz" – każdy odcinek pochłaniałam z zapartym tchem.

Skąd wziął się pomysł na wystawę Grzegorza Rosińskiego w Muzeum Regionalnym?

Mniej więcej 2 lata temu Grzegorz Rosiński gościł w Stalowej Woli z okazji przedsięwzięcia "Miasto Komiksów". Podczas tej wizyty spotkał się w Muzeum z panią dyrektor Lucyną Mizerą i tam powstał pomysł zorganizowania tej wystawy. Nie zapominajmy, że Grzegorz Rosiński urodził się w Stalowej Woli, więc to było oczywiste, że w naszym Muzeum powinna być jego wystawa..

Jak logistycznie wyglądało sprowadzenie tak bogatej ekspozycji do Stalowej Woli? Nikt jeszcze nie pokazywał tylu prac Mistrza w jednym miejscu.

Muszę przyznać, iż sama tylko logistyka była wyzwaniem, przede wszystkim ze względu na rozmiar i zawartość kolekcji – całość to pond 400 obiektów. Jak zauważyłeś, takiej wystawy Grzegorza Rosińskiego jeszcze nie było, więc począwszy od kwerendy i wyboru prac, przez jej wycenę i pozyskanie odpowiedniego ubezpieczenia, po wybór odpowiedniego specjalistycznego przewoźnika i sam transport prac ze Szwajcarii, wszystko trzeba było zorganizować od podstaw. Nie można tutaj zapomnieć również o ogromnej pomocy ze strony Piotra Rosińskiego, kuratora wystawy, a także o całym zespole pracowników Muzeum, a zwłaszcza o Monice Kuraś.

Organizacja takiej wystawy to dużo pracy?

Jak Ci mówiłam przed chwilą, samej logistyki był ogrom, oprócz tego jeszcze dochodzą kwestie związane z wcześniejszym doprecyzowaniem umowy, organizacją przestrzeni wystawienniczej, oprawą prac, etc. Osobnym, dużym przedsięwzięciem było przygotowanie plenerowej części wystawy. No i wydanie katalogu. A na drugi dzień po wernisażu zorganizowaliśmy kilkugodzinny event z udziałem naszych gości. Szczerze muszę przyznać, iż wszyscy zaangażowani nie mogli narzekać na nudę. Jednak efekt po wielokroć wynagradza cały włożony trud.

Spotkałaś się z jakimiś wyjątkowymi reakcjami ludzi na to, co pokazaliście?

Pozytywna reakcja prezydenta miasta była naprawdę mocna, kto był na otwarciu, ten potwierdzi. Na drugim biegunie są oczywiście zazdrośnicy z "wielkich" instytucji, dziwiący się, iż taki artysta, jak Grzegorz Rosiński, wystawia się właśnie w Stalowej Woli. Wracając do pozytywów, mnóstwo zwiedzających było zaskoczonych, że wielkie obrazy olejne o tematyce historycznej to też dzieła Rosińskiego.

Jak oceniasz frekwencję na wystawie? Są wakacje, ludzie jadą na wypoczynek, niekoniecznie do Muzeum...

Teraz jestem na urlopie, ale z tego, co do mnie dociera, wiem, że właśnie dzięki wakacjom przyjeżdżają ludzie z różnych stron Polski, specjalnie po to, żeby obejrzeć tę wystawę.

Ekspozycja trafi potem do Krakowa i Kielc, ale to Stalowa Wola była pierwsza...

Tak, to naturalne, przecież w życiu Grzegorza Rosińskiego Stalowa Wola też była pierwsza.

Czy jako koordynatorka wystawy będziesz wizytować oba te miejsca i czuwać nad wystawą?

Taki jest plan, przyszłość pokaże…

Oprócz wystawy w Muzeum, przygotowana została ekspozycja outdoorowa, wystawa plenerowa, na której można zobaczyć wielkoformatowe wydruki okładek z "Thorgala" i szkiców do serii. Skąd pomysł na tego typu przedsięwzięcie?

Na tej przestrzeni pokazywaliśmy już wielokrotnie wielkoformatowe wystawy docierając do zdecydowanie większej publiczności. "Thorgal" w tym wydaniu prezentuje się doskonale, mam nadzieję, że ci, którzy widzieli tę ekspozycję, zgodzą się ze mną – zwłaszcza wieczorem, kiedy każda plansza jest podświetlona i przestrzeń wystawy nabiera szczególnego charakteru.

Czy teraz, Twoim zdaniem, mieszkańcy Stalowej Woli lepiej kojarzą Thorgala?

No na pewno (śmiech), są już tacy co chcą, aby został na stałe w plenerze.

Uważasz, że umieszczanie sztuki w przestrzeni miejskiej to dobry pomysł?

Zdecydowanie, trzeba pokazywać nam wszystkim że Sztuka jest dla każdego.

Muzeum wydało również książkę, katalog wystawy, pod redakcją Wojciecha Birka. Skąd pomysł na to wydawnictwo?

Staramy się w Muzeum, aby każda nowa wystawa opatrzona była katalogiem, jeżeli pytasz, dlaczego Wojtek – to chyba nie muszę mówić, że nie ma lepszego specjalisty w tej dziedzinie.

Już na wernisażu zabrakło egzemplarzy katalogu. Jak to się stało?

Rzeczywiście, zainteresowanie przerosło nasze oczekiwania, teraz uzupełniliśmy zapasy, a drukarnia czeka w gotowości.

Wystawa będzie wisieć w muzeum jeszcze do 19 sierpnia. Jak byś zachęciła do jej obejrzenia tych, którzy jeszcze jej nie widzieli?

Tym, którzy myślą, iż znają już twórczość Grzegorza Rosińskiego przez pryzmat "Thorgala" i komiksu powiem, że będą bardzo zaskoczeni pracami olejnymi i ilustratorskimi. To tylko jeden z tysiąca powodów, jaki mogłabym podać.

Czy teraz planujesz zakup wszystkich komiksów z ilustracjami Grzegorza Rosińskiego? A może już je masz?

Raczej nie, ale gdybym wygrała w totka to ponegocjowałabym z Grzegorzem zakup kolekcji z wystawy (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.

środa, 1 sierpnia 2012

Fanart nr 39: Paweł "Szaweł" Płóciennik

Ilustrację widoczną obok wykonał Paweł "Szaweł" Płóciennik, twórca związany między innymi z zinami "Hardkorporacja", "Jeju" czy "Maszin", autor ilustracji w albumie "Sprane dżinsy i sztama" (do scenariusza jego ojca, Jarosława Póciennika). Prace Szawła można oglądać na blogu http://szawelplociennik.blogspot.com. Na temat "Thorgala" mówi:

"Thorgal" czyli Rosiński, Rosiński czyli klasa. Nie jestem zbytnio doświadczonym czytelnikiem tej serii... "Zdradzona Czarodzieja", "Wyspa wśród lodów"... i chyba tyle. Jednak imponuje mi postać Grzegorza Rosińskiego, fantastycznego malarza... Film krążący na youtube, na którym tworzy jeden ze swoich obrazów, wgniótł mnie w fotel. Mistrzowskie wyczucie, szaleństwo i pasja. Szacunek. U mnie na rysunku: Thorgal na castingu do programu "Bitwa na włosy".