EPOXY

sobota, 27 kwietnia 2013

Szkice plansz z "Aux origines des Mondes"

Poniżej zobaczyć można dwie plansze w ołówku, które w ukończonej postaci trafiły do albumu specjalnego "Aux origines des Mondes". Przedstawione na nich wydarzenia rozgrywają się pomiędzy 33 i 36 planszą "Korony Ogotaia" w sypialni Shaigana Bezlitosnego i Kriss de Valnor. Scenariusz do tej sekwencji napisał Yves Sente, narysował ją Giulio de Vita.


środa, 24 kwietnia 2013

Fanart Import nr 9: Frank Holland-Moritz

Autorem rysunku widocznego obok jest niemiecki rysownik Frank Holland-Moritz. Inne jego grafiki można odnaleźć na stronie: www.kawenzmannprod.de. Na temat fanartu przedstawiającego Kriss de Valnor powiedział:

"Historia kryjąca się za tą ilustracją jest krótka i dość nieciekawa. Chciałem zarobić trochę pieniędzy robiąc fanart, więc poprosiłem przyjaciela, aby zlecił mi narysowanie dla niego jakiejś postaci. Mógł wybierać. Był moim królikiem doświadczalnym. On jest wielkim fanem Thorgala i kobiecych bohaterek, więc chciał, żebym narysował dla niego Kriss. Zabawne jest to, że nigdy wcześniej nie czytałem "Thorgala" i nic o niej wiedziałem. Skończony obrazek wydrukowałem na płótnie i dałem mu. Był zadowolony i podobała mu się moja interpretacja. Smutną rzeczą jest to, że przeczytałem o amerykańskim artyście komiksowym, który został pozwany przez Marvela za sprzedaż fanatu. To zburzyło mój plan, żeby zarobić trochę kasy na mojej sztuce."

piątek, 19 kwietnia 2013

środa, 17 kwietnia 2013

Fanart Import nr 8: dogcanjump (2)

Ilustracja widoczna obok to dzieło serbskiego rysownika ukrywającego się pod pseudonimem "dogcanjump". To drugi fanart jego autorstwa pojawiający się na blogu. Pierwszy można zobaczyć w tym miejscu.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Grafika koncepcyjna z "Kriss de Valnor"

Obok zobaczyć można grafikę koncepcyjną Giulio de Vity, przedstawiającą Kriss de Valnor i Hildebrunę w miłosnym uścisku.

sobota, 13 kwietnia 2013

piątek, 12 kwietnia 2013

czwartek, 11 kwietnia 2013

Wywiad z Grazą

fot. Mikołaj Ratka
Grażyna Fołtyn-Kasprzak, znana lepiej pod pseudonimem Graza, jest kolorystką komiksów. W swoim bogatym dorobku artystycznym ma między innymi współpracę z Grzegorzem Rosińskim przy serii "Thorgal" (od albumu "Niewidzialna forteca" do albumu "Kriss de Valnor") i Zbigniewem Kasprzakiem (jej małżonkiem obecnym na zdjęciu obok) przy serii "Halloween blues". Podjęła się również położenia kolorów na "Szninklu". Obecnie koloruje dwie serie wchodzące w skład "Światów Thorgala": "Kriss de Valnor" i "Louve". Graza zgodziła opowiedzieć trochę o swoim zawodzie:

Proszę powiedzieć, jak to się stało, że została Pani kolorystyką komiksów?

Często naszym losem rządzi przypadek. Podczas jednej kolacji u nas, już w Brukseli, Kasia Rosińska miała taki pomysł, żebym robiła kolor do "Sioban". Oczywiście wcześniej zawsze pomagałam mojemu mężowi przy kolorze, ale nigdy nie brałam tego na serio… Po "Sioban" był "Thorgal", "Szninkiel", 20 albumów mojego męża - uzbierało się tego około 70 albumów i myślę, że mogę się uważać za kolorystkę komiksów.

Jak doszło do tego, że zajęła się Pani kolorami właśnie w "Thorgalu"?

Grzegorz był zadowolony z rezultatu, choć wcześniej praktycznie zawsze kolorował swoje albumy sam. To jest bardzo męczące dla rysownika, który jak już dobrnie do 46 strony albumu, musi jeszcze trochę powalczyć z kolorem. W efekcie jest to dość pracochłonne i czasochłonne zajęcie. Angażując mnie, Grzegorz zyskiwał na czasie, co pozwalało mu utrzymywać rytm wydawniczy. 

Znała Pani wcześniej tę serię, czy był to pierwszy kontakt z "Thorgalem"? 

W domu zawsze było dużo różnych komiksów, "Thorgala" czytała nasza córka.

Ma Pani swój ulubiony album "Thorgala"?

Nie, całą serię darzę dużym sentymentem, ale nie mam żadnych preferencji. 


Który z albumów serii kolorowało się Pani najlepiej, a który sprawił najwięcej trudności?
 
Tu raczej chodzi o klimat albumu, który bardziej lub mniej pobudza wyobraźnię. Stopień trudności jest zawsze taki sam, tylko przyjemność może być większa lub mniejsza. Pamiętam, że praca nad albumem "Piętno wygnańców" sprawiła mi dużo przyjemności. 

Była Pani zawiedziona tym, że począwszy od albumu "Ofiara" Grzegorz Rosiński zmienił styl, pozbawiając Panią możliwości pracy nad "Thorgalem"?
 
Zawiedziona? Nie, absolutnie. Grzegorz od pewnego czasu narzekał, że męczy go rysunek czarno-bialy, marzyło mu się malowanie. A ja bez pracy nie zostałam, miałam inne albumy do kolorowania.

A jakie uczucie towarzyszyło Pani, kiedy okazało się, że będzie Pani mogła wziąć udział w projekcie "Światy Thorgala", a zatem wrócić do uniwersum, w którym pracowała Pani przez wiele lat?
 
Takie kilkuletnie rozstanie z "Thorgalem" bardzo dobrze mi zrobiło i przyznaję, że z ogromną chęcią wróciłam do jego świata. 

Czy mogłaby Pani opisać, jak wygląda warsztat pracy kolorystki komiksu?
 
Takich kolorystów jak ja jest już coraz mniej. To znaczy za biurkiem, z pędzlami, gwaszami, akwarelami, paletami, przy lampach ze światłem dziennym (żeby światło nie zmieniało koloru) itp. Praca ręczna, czasem po 6-8 obrazków na jednej stronie w skali 1:1 maluję na tzw. bleus, czyli stronach albumu przygotowanych przez fotograwera na dobrym papierze i w formacie identycznym jak w albumie, kreska jest szara. Dopiero po przyłożeniu przezroczystego filmu z czarną kreską rysunku widać efekt finalny.

W jaki sposób dobiera Pani konkretne barwy w komiksie, na przykład to, jakiego koloru mają być chociażby ubrania bohaterów albo przedmioty, którymi się posługują?
 
Czasem są jakieś wskazówki scenarzysty, typu: złota zbroja albo czarny płaszcz. Reszta zależy wyłącznie ode mnie, a ja kieruję się nastrojem sceny, jaki chcę uzyskać, charakterem postaci, światłem, jakie planuje na daną sekwencję, no i przede wszystkim kreską rysownika. Staram się zawsze pomagać rysunkowi, a nie szkodzić. W pejzażach jest to głębia, perspektywa powietrzna, operowanie kolorem jest bardzo ważne.

Czy rysownicy (w tym przypadku Giulio de Vita i Roman Surżenko) mają na to jakiś wpływ?
 
Nie, im są odsyłane przez redakcję skany skończonych już plansz, po czym najczęściej dostaję od nich serdeczne podziekowania za kolor. Naprawdę. Czasem mają jakąś prośbę, ale - szczerze - żadnych uwag i poprawek nie było do tej pory.
 
Ma Pani z nimi w ogóle kontakt pracując nad ich planszami? Dochodzi do wymiany uwag na temat koloru?
 
Mam kontakt mailowy. I świadomość, że w razie potrzeby można się szybko skontaktować. Giulio znam od dość dawna, bo już wcześniej pracował dla Le Lombard i widuję go czasem 2-3 razy do roku na licznych festiwalach komiksów we Francji, Romana natomiast poznałam dopiero 3 miesiące temu w Wersalu.

Jak długo kładzie się barwy w albumie komiksowym i od czego to zależy?

Na ogół dostaję plansze partiami, czasem po kilka czasem po kilkanaście, zwłaszcza Giulio tak pracuje. Teoretycznie to wydłuża czas. Ostatni album Romana dostałam w komplecie: 46 stron i tak jest lepiej, bo można od razu ogarnąć całość. Zawsze maluję kilka stron składających sie na jedną sekwencję, ale średnio schodzi mi około 1 dzień na stronę, czyli półtora miesiąca najmniej cały album. Zależy to od stopnia skomplikowania rysunków. Strona z pejzażem, scenki rodzajowe, bitwy z dużą ilością detali - takie
sceny są bardziej pracochłonne niż na przykład zblizenia twarzy, mur z oknem itp. 


Miała Pani dowolność w budowaniu kolorystycznego klimatu serii pobocznych "Thorgala", czy zostało to Pani w jakiś sposób narzucone? 

Prośba była jedna, żeby zachować styl malarski taki jak w "Thorgalu". Jeśli nie ma żadnych wskazówek w scenariuszu, to ja decyduję o nastroju kolorystycznym sekwencji . Scenarzyści często zapominają o "upływie czasu" i dlatego czasem warto dodać wschód albo zachód słońca, na przyklad.

Gdyby miała Pani dokonać porównania, które rysunki koloruje się Pani lepiej/łatwiej: Giulio de Vity czy Romana Surżenki? I dlaczego?
 

Obaj są znakomitymi rysownikami, a to, że są tak różni, tylko urozmaica moją pracę. Na pozór Giulio jest łatwiejszy, jego kreska jest bardziej swobodna, ale czasem zmuszona jestem "reperować" jego niedociągnięcia, zdarzają mu się też kadry bez dekoru i wtedy mus go domalowywać. Rysunek Romana jest niezwykle precyzyjny, szczegółowy, zbyt drobiazgowy. Roman pracuje niezwykle cienką kreską i to zmusza mnie do ogromnej precyzji.

Woli Pani, kiedy rysownik zostawia kolorystce więcej wolnego miejsca na planszy, na przykład niekoniecznie definiując tło, czy raczej pasuje Pani bardziej przestrzeń ograniczona przez kreski?
 

Wie Pan co, wolę jak jest narysowane to, co ma być narysowane, aby historia była sensownie opowiedziana.

Co Pani myśli o kolorowaniu komiksów przy użyciu komputera?

Myślę, że większość kolorystów pracujących na komputerze nie ma pojęcia o malowaniu. Opanowali program i triki, którymi wszyscy posługują się tak samo co w efekcie pozbawia album indywidualności. Ale znam również takich, co są mistrzami w swoim gatunku i robią cudowny, nieporównywalny kolor. Jedno jest pewne: kolor na komputerze jest tańszy, można zrobić 3 do 5 plansz dziennie, w wielu przypadkach są to decydujące argumenty. Każdy ma swoje ulubione narzędzie pracy, ja jestem zwolenniczką rękodzieła. Mieszanie farb na palecie i rozkładanie ich na papierze to zupełnie co innego niż klikanie na komputerze. Obecnie zaczyna się ogromny come back koloru tradycyjnego. Ale podkreślam raz jeszcze, komputer to tylko narzędzie pracy i nie jest ważne czym, ale jak jest pomalowany album.


Roman Surżenko w "Młodości Thorgala" kolory nałożył sam, właśnie przy użyciu komputera. Dlaczego to nie Pani zajęła się kolorami w tym komiksie i jak ocenia Pani efekt końcowy? 

Roman bardzo chciał spróbować sam zrobić kolor do "Młodości Thorgala". Jak mi sam powiedział, teraz żałuje, że się aż tak upierał. Ja, oprócz wiatów Thorgala", maluję również dla innych rysowników i przede wszystkim dla mojego męża Kasa, i niestety terminy bardzo często się nakładają, więc bardzo mi pasowało, że nie będę musiała w pośpiechu malować jeszcze jednego albumu.

Komputerowe programy graficzne są coraz lepsze, imitują co raz lepiej efekty uzyskiwane w naturalnych warunkach. Pani zdaniem kolor nakładany komputerowo wyprze w przyszłości kolor nakładany ręcznie?

Moim zdaniem technologia wyprze wszystko, co ludzkie… Przez Skype'a i komórki ludzie przestają się już spotykać, bo im się wydaje, że są stale w kontakcie z kimś, a w efekcie są sami. Jedni lubią starocie i gromadzą przedmioty "z duszą" , inni wolą plastiki… Ja osobiście wolę spacer z psem w deszczu, niż Thaiti na ekranie… To jest kwestia upodobań. Użył pan zwrotu: "programy imitują... No właśnie, to jest trochę oszustwo. Ja do tej pory - szczerze mówiąc - nie bardzo rozumiem, po co udawać, ze coś jest malowane na płótnie, jeżeli nie możemy zobaczyć, dotknąć obrazu, bo takowy nie istnieje…Tak myślę, że rysunek na papierze, kolor ręcznie malowany, obraz, że to wszystko stanie sie luksusem i rzadkością.

Czy w takim wypadku zastosowanie techniki couleur directe, czyli malarski kierunek, w którym poszedł zarówno Grzegorz Rosiński, jak również Pani małżonek Zbigniew Kasprzak, jest szansą na zachowanie - nazwijmy to - klasycznej plastyki w komiksie? 

Couleur directe oznacza, że kolor nakładany jest bezpośrednio na plansze oryginalne, czyli innymi słowy plansze oryginalne są w kolorze. Grzegorz nie używa kreski, od razu malując sceny, z kolei Kas rysuje album czarno bialy, plansze są skanowane do wydania czarno-białego, następnie do nas wracają i są malowane akwarelą. Efekty są całkowicie odmienne w obu przypadkach i myślę, że każdy sobie wybiera taką technikę, jaką lubi i jaka jest odpowiednia do opowiadanej historii.

Dziękuję za rozmowę.

środa, 10 kwietnia 2013

Fanart import nr 7: MiMiKa (2)

Autorką rysunku widocznego obok jest francuska ilustratorka ukrywająca się pod pseudonimem "MiMiKA". To drugi fanart jej autorstwa. Pierwszy można zobaczyć w tym miejscu.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Recenzja albumu "Królestwo chaosu"

Podczas gdy Thorgal zmierza na pokładzie statku miecza do Bag Dadhu, podążając tropem czerwonych magów – porywaczy jego syna Aniela, a Jolan wypełnia kolejne misje zlecane mu przez Manthora – władcę Międzyświata, Louve trafia do cudownego królestwa leżącego na granicy świata chaosu i staje się istotną częścią knowań półboga o dużych aspiracjach. Scenarzysta Yann le Pennetier przy pomocy rysownika Romana Surżenki stara się uczynić czarnowłosą dziewczynę pełnoprawną bohaterką uniwersum wykreowanego przez Jeana Van Hamme'a i Grzegorza Rosińskiego. "Królestwo chaosu" domyka pewną całość, pierwszy tryptyk serii "Louve", dlatego jest to dobry moment na rozliczenie autorów z powierzonego im zadania.

Akcja komiksu zawiązuje się oczywiście wokół Louve i jej dzikiego oblicza wyzwolonego przez maga Azzalepstöna. Obie dziewczynki na własną rękę chcą wykraść ze świątyni wilka Fenrira odciętą prawicę boga Tyra, w czym każda ma swój cel. Niestety ich perypetie w królestwie chaosu są rodem niczym z przygodowej platformówki, to znaczy sporo się dzieje, ale niewiele z tego wynika, a na końcu oczekuje boss do pokonania. Bohaterki trochę na złamanie karku pędzą przed siebie, przemierzając świat pełen różnej maści potworów, między którymi w dynamicznym tle toczy się nieustanna walka. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że trudno tak naprawdę poczuć jakiekolwiek zagrożenie czyhające na dwie młodziutkie heroiny, ponieważ – co powtórzę i podkreślę zarazem – wszystko dzieje się zdecydowanie za szybko.

W królestwie chaosu doskonale czuje się Roman Surżenko. Jego bogata wyobraźnia i niezaprzeczalny talent jak za dotknięciem magicznej różdżki ożywiają świat opisany przez scenarzystę. Pojawiający się na planszach albumu Fenrir jest naprawdę przerażający, wszystkie inne fantastyczne stworzenia zaprojektowane z pomysłem, a smoki (o tak!) właśnie takie, jakich można się było spodziewać. Naprawdę dobrze ogląda się plansze rysowane przez rosyjskiego ilustratora, aczkolwiek wciąż mam nieodparte wrażenie, że postaci na jego rysunkach zastygają czasami w trochę zbyt teatralnych pozach. Nie zmienia to jednak w żadnym względzie mojej oceny jakości wykonywanej przez niego pracy. Surżenko wciąż udowadnia, że powierzenie mu roli rysownika dwóch serii pobocznych "Thorgala" było strzałem w dziesiątkę!

Tego samego nie powiedziałbym o decyzji Yanna, który pod koniec pierwszego albumu serii zdecydował się na rozdzielenie Louve na dwie postaci. O ile sam pomysł początkowo wydawał mi się ciekawy (zresztą nadal widzę w nim duży potencjał), o tyle już w drugim albumie można było zaobserwować, że w wyniku magicznego rytuału Azzalepstöna Louve nie straciła wiele ze swojej charyzmy czy nawet buty. Nawiasem mówiąc, jej buńczuczny charakter zarysowany został przecież tak naprawdę dopiero w "Raissie", co ani chybi miało dać podstawy ku temu, by dziewczynka zgodziła się na "wyzwolenie" od tego, co było w niej dzikie i brutalne. Już wtedy wizerunek Louve niekoniecznie pasował usposobienia, jakim cechowała się w głównej serii, ale zdawało się to być czymś uzasadnione, a scenarzysta wciąż miał u czytelników duży kredyt zaufania na to, co planował. Teraz wreszcie można dokonać całościowej oceny tego zamysłu i w mojej opinii nie jest on przekonywający. Jest tak przede wszystkim dlatego, że pozbawiona swojej mrocznej natury Louve jest w zasadzie – o dziwo! – silną, nieustępliwą i zdolną do podejmowania trudnych decyzji dziewczynką, która bez strachu w oczach przemierza z założenia budzące grozę królestwo Fenrira (chociaż w "Raissie" mag wyraźnie powiedział: "Od tej chwili nie jesteś nawet w stanie zabić delikatniej ważki"), natomiast jej dzikie oblicze jest po prostu przebraną w wilczą skórę i umorusaną dzikuską, która – jak się okazuje – nie ma nawet prawa być tak brutalna, jak można to sobie wyobrażać. Nie wiem, czy to oczekiwania przerosły efekt końcowy, ale coś chyba po prostu nie do końca zagrało i nawet próby odnoszenia się do klasycznej koncepcji id, ego i superego na niewiele się zdają, aczkolwiek chyba całkiem dobrze pasują do zamysłu scenarzysty.

Jeśli już jesteśmy przy freudowskiej psychoanalizie, Yann stosunkowo dużo miejsca w swoich scenariuszach poświęca popędom. Dobrze widać to na przykładzie Aaricii. Komiks zaczyna się od momentu, w którym zrozpaczona bohaterka rzuca się z klifu do morza (popęd śmierci), nie mogąc znieść tego, że jej ukochany Thorgal nie żyje. O zgrozo, jej patetyczna mowa z początku albumu sprawia, że człowiekowi krew zaczyna gotować się w żyłach... Oto dumna księżniczka Wikingów, która przemierzyła pół świata, stawiając czoła między innymi niebezpieczeństwom Krainy Qa czy upadlającej służbie na zamku Shaigana Bezlitosnego, plecie androny i w teatralny sposób rozpacza po rzekomej stracie męża, zapominając o całym świecie. Co więcej, Aaricia wierzy w to, że jej córeczka Louve również zginęła (co jest o tyle niezrozumiałe, że w poprzednim albumie Vigrid dał jej jasno do zrozumienia, co się z nią stało). Wszystko to oczywiście ma na celu, by wykazać się mógł się chyba najbardziej irytujący bohater w historii całej sagi, czyli Lundgen, pyszałek i amant od siedmiu boleści zalecający się do Aaricii. To on przecież zmusił kupca Sardhama El Kadhera do skłamania na temat śmieci Thorgala. Przyznam, że Yannowi udało się wykreować bohatera, który wreszcie wywołuje większe emocje, szkoda tylko, że jednocześnie robi idiotkę z dorosłej kobiety i matki dwójki dzieci (w tym miejscu nawiązując do popędu życia).

Trudno mi niestety wejść tutaj w polemikę z Yannem, bez zdradzania pewnych kluczowych elementów fabuły, ale chętnie poruszę całkiem oczywistą kwestię. Otóż wszystkie podejmowane przez bohaterów decyzje mają swoje konsekwencje – większe lub mniejsze. Na przykład w "Trzech starcach z kraju Aran" Aaricia, odcinając naszyjnik Thjazi, matki leśnych elfów, "skazała" samą siebie na zostanie królową krainy Aran. a Thorgala na pełną trudności misję w celu ocalenia jej z rąk Życzliwych/Dobroczyńców. Z kolei Thorgal, decydując się na wymazanie swojego imienia z granitowego kamienia znajdującego się w niewidzialnej fortecy, nie tylko skazał kochająca żonę i stęsknione dzieci na zbyt długą rozłąkę, ale też spłodził jeszcze syna z Kriss de Valnor. Ważne jest, aby scenarzysta zdawał sobie sprawę z konsekwencji czynów, jakie popełniają prowadzeni przez niego bohaterowie. Są rzeczy, których skutki da się odwrócić oraz takie, których cofnąć się nie da. I tak jak czar Życzliwych/Dobroczyńców prysł, i tak jak Thorgal odzyskał swoje imię, tak już nieodwracalnym następstwem utraty pamięci były narodziny Aniela. Czy zatem Yann celowo igra losami bohaterów, chcąc tym samym zszokować czytelników? A może faktycznie przyświecają mu słowa: "Thorgal" to «Dallas» w świecie fiordów"?

W moim odczuciu Yannowi zbyt łatwo przychodzi redefiniowanie natury postaci, których tożsamość kreowana była na przestrzeni wielu lat. To przecież Yann zmienia Strażniczkę Kluczy w pełną chuci kobietę (znowu popęd życia; "Dłoń boga Tyra"), czy też "ujawnia", że pierwszą kochanką Thorgala wcale nie była Aaricia (popęd życia raz jeszcze; "Trzy siostry Minkelsönn"). Tego typu decyzje mają jednak ogromne znaczenie, ponieważ obarczone są konkretnymi konsekwencjami – może i są odważne, na swój sposób ożywiają sagę, ale jednocześnie stoją w dość silnej opozycji do tego, co przez lata kreował Jean Van Hamme. I tak oto, moim skromnym zdaniem, Louve nie zachowuje się tak, jak przystało na córkę Thorgala. Naprawdę przykro stwierdzić, że chociaż dziewczynka tęskni za ojcem, zastanawia się, co ten zrobiłby na jej miejscu, nie umie okazać się go godna. A może po prostu nie umie tego sprawić scenarzysta? Odwaga to przecież nie wszystko, czym cechował się Thorgal... Ktoś mógłby w tym miejscu powiedzieć, że nie chce czytać o przygodach małego Thorgala w spódnicy, że oczekuje nowej, wyrazistej postaci. To zrozumiale, ale przecież "Światy Thorgala" mają być nośnikiem tych samych wartości, które uczyniły z serii Jeana Van Hamme'a i Grzegorza Rosińskiego ponadczasowa sagę rodzinną. Po lekturze "Królestwa chaosu" nie jestem o tym już tak bardzo przekonany. Deklaracje autorów to jedno, natomiast liczą się przede wszystkim efekty ich pracy.

Nie chciałbym być uszczypliwy, ale tytuł trzeciego albumu serii poświęconej przygodom córki Thorgala nasuwa mi pewne skojarzenia z tym, co dzieje się na jej planszach, to znaczy odczuwam pewnego rodzaju chaos. Yann jest wprawnym scenarzystą i widać na pierwszy rzut oka, że bez problemu przychodzi mu rozpisanie scenariusza kolejnego albumu osadzonego w uniwersum "Thorgala", dobrze się to czyta, ale kierunek, w którym poprowadził tryptyk poświęcony mitycznej prawicy boga Tyra wydaje mi się może nie tyle do końca nieprzemyślany (chociaż można doszukać się w nim pewnych niespójności czy skrótów), co pozostawiający trochę zbyt wiele niejasnych dla mnie, czy też po prostu niezrozumiałych rozwiązań fabularnych, szczególnie tych, które związane są z charakterem tego uniwersum. Całość wydaje mi się być zlepkiem kilku naprawdę ciekawych pomysłów, które jakoś udało się zebrać w jedną całość, niestety z dość oczywistym finałem. Koniec końców to chyba właśnie "Królestwo chaosu" jest jak dotychczas najsłabszą częścią serii.

Dzieląc się swoimi wrażeniami z lektury komiksu, zdaję sobie sprawę z tego, że jestem surowy w swojej ocenie. Mówiąc szczerze, o ile ilustracje Romana Surżenki od samego początku przyciągają mnie do "Louve", o tyle Yann niejako z premedytacją stara się być miejscami aż nadto kontrowersyjny i wydaje mi się, że piętno, jakie chce odcisnąć na serii, może być w pewnym momencie zbyt bolesne dla fanów, a trudno wyobrazić sobie, żeby ktoś mógł je potem w cudowny sposób usunąć, tak jak Jolan usunął piętno wygnańców z policzka Aaricii. Zdaniem podsumowania, "Królestwo chaosu" nie do końca spełniło moje oczekiwania (przede wszystkim liczyłem na bardziej spektakularne zwieńczenie historii), co więcej sprawiło, że z pewną obawą podchodzę do tego, na co francuski scenarzysta jest jeszcze gotów się odważyć.


"Louve" album 3: "Królestwo chaosu"
Scenariusz: Yann
Rysunek: Roman Surżenko
Tłumaczenie: Wojtek Birek
Wydawnictwo: Egmont Polska
Data publikacji: 04.2013
Wydawca oryginału: Le Lombard
Liczba stron: 48
Format: 21,5 x 28,5 cm
Papier: kredowy
Druk: kolor
Oprawa: miękka/twarda
Cena: 22,99 zł/29,99 zł

piątek, 5 kwietnia 2013

Zapowiedź fabuły "Królestwa chaosu"

Zgodnie z oficjalną zapowiedzią wydawnictwa Egmont: "Królestwo chaosu" to finałowa część trylogii opowiadająca o zakończeniu misji wikińskiej dziewczynki wysłanej przez podstępnego króla Azzalepstöna do królestwa mitycznego wilka Fenrira. Louve musi nie tylko pokonać liczne pułapki królestwa chaosu, a potem zmierzyć się z samym Fenrirem i odebrać mu dłoń boga Tyra, czeka ją jeszcze trudna przeprawa z Dzikim Obliczem - jej własnym, krnąbrnym i impulsywnym alter ego. Louve musi się w tym starciu wykazać całym swym sprytem i dowieść, że jest godną córką swego ojca... aby móc wrócić do rodzinnej wioski, gdzie czeka na nią szalejąca z niepokoju matka."

Polska premiera trzeciego albumu serii "Louve", który dzisiaj ukazuje się na rynku franko-belgijskim, nastąpi już 8 kwietnia. Komiks będzie można kupić w miękkiej (22,99 zł) i twardej (29,99 zł) oprawie.

środa, 3 kwietnia 2013

Fanart Specjal nr 27: Łukasz Poller

Autorem ilustracji widocznej obok jest Łukasz Poller, mający na swoim koncie m.in. rysunki w albumie "Epizody z Auschwitz: Ofiara" (do scenariusza Michała Gałka), kolory w obydwu zeszytach "Wiedźmina: Racja stanu" (do scenariusza Michała Gałka, z rysunkami Arkadiusza Klimka)" czy ilustracje prasowe w "Nowej Fantastysce". Więcej jego prac można znaleźć na digarcie (tutaj). Na temat "Thorgala" powiedział:

"Pierwszego "Thorgala" dorwałem około 1993 roku, mając wtedy jakieś 8 lat, zaglądając w zbiory mojej matulki. Zjadłem - można powiedzieć - zęby na "Zdradzonej czarodziejce", czytając ją wielokrotnie i w każdą stronę, a następnie kolejne albumy, niekoniecznie w sugerowanej kolejności, sporo dzięki "zbiorom" biblioteki publicznej. Jeśli nie będzie to nadużyciem, przypominało to raczej kupkę niechcianych bajek, majtniętą w najczarniejszy róg, niż rzeczywiste półki z komiksami. Takie czasy. "Łucznicy" byli takim regionalnym białym krukiem. Mieszkałem wtedy w Dębicy i każdy znał kogoś kto ich czytał, wielu widziało okładkę, ktoś nawet przeglądał, w końcu i ja położyłem na tym albumie swoje łapki i na długi czas został on dla mnie komiksem numer jeden. Nie zapomnę, z jakim zachwytem lustrowałem każdą stronę, a dom Arghuna Drewnianej Stopy do dziś został moim skrytym marzeniem, zresztą sama postać kowala na w sobie chyba wszystkie cechy, które warto by posiadać. Dlatego mam nadzieję, że chociaż ten drobny hołd odda powagę moich uczuć."