Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 lutego 2018

Wywiad z Mathieu Mariollem

Mathieu Mariolle jest francuskim scenarzystą, który w duecie z Xavierem Dorisonem odpowiada za kształt serii „Kriss De Valnor”, począwszy od szóstego tomu. Zaczynał jako tłumacz w branży gier komputerowych, w końcu zdecydował się na karierę w branży komiksowej. W swoim dorobku ma między innymi serie „Pixie” (rys. Aurore Demilly), „Shanghaï” (rys. Yann Tisseron), La voie du Sabre (rys. Federico Ferniani), „Foot 2 rue” (Philippe Cardona) i „PSG academy” (rys. Bento). Jest także autorem scenariusza wydanego niedawno w Polsce komiksu „William Adams, Samuraj”. Mathieu zgodził się udzielić odpowiedzi na kilka pytań związanych z pracą nad „Światami Thorgala”.


Czy to właśnie Kriss de Valnor jest twoją ulubioną postacią w świecie Thorgala?

Historia wiedziała, jak ma się potoczyć. Postacią, jaką zawsze uwielbiałem w „Thorgalu”, jest właśnie Kriss de Valnor! Jak jej nie lubić? Jest piękna, dzika, nie boi się mówić tego, co myśli. Tego, przed czego powiedzeniem my się powstrzymujemy.

Podejrzewam, że to było spełnienie marzeń. Jak to się stało, że zostałeś scenarzystą „Kriss de Valnor”?

„Thorgal” zawsze należał do moich lektur. Ojciec sprezentował mi kilka albumów, kiedy byłem dzieckiem. Zacząłem je czytać w wieku 8-9 lat. Thorgal zawsze był ważną postacią w budowaniu mojej tożsamości czytelnika komiksów.

Xavier Dorison chciał, aby w kontynuacji losów Kriss towarzyszył mu współscenarzysta. Znamy się od lat, regularnie wymieniamy się uwagami na temat pisanych przez nas komiksów, dzielimy się problemami zawodowymi i tym, co chcielibyśmy zrobić, polecamy sobie filmy i książki. Ale nie znaleźliśmy jeszcze okazji, żeby wspólnie pracować nad albumem.

Xavier pomyślał o mnie i zadzwonił, żeby zaproponować mi pisanie ciągu dalszego przygód Kriss wraz z nim i nie wahałem się ani przez ułamek sekundy, zanim zgodziłem się z wielkim uśmiechem na twarzy.

Możesz uchylić rąbka tajemnicy, jak się pisze scenariusz we dwóch? Jaka jest wasza metoda, twoja i Xaviera Dorisona?

Mówiąc konkretnie, najpierw omówiliśmy naszą wizję Thorgala i Kriss de Valnor. Przez kilka tygodni pracowaliśmy, uprawiając coś na kształt umysłowego ping-ponga. Każdy rzucał swoje pomysły, „karmiąc” scenariusz. Następnie przyszła chwila segregacji, wyboru, selekcji tego, co jest warte opowiedzenia. Wreszcie napisaliśmy komiks, siedząc ramię w ramię, na jednym komputerze, każdy wklepując swoje, i tak na zmianę. Nawzajem rozgrywaliśmy wszystkie sceny.

Miałem już okazję współpracować z innymi scenarzystami, ale ogólnie rzecz biorąc każdy wtedy pracuje u siebie i dzieli się tym, co napisał. Później praca jest dzielona, sekwencje są rozdzielane.
Tutaj pracowaliśmy wspólnie. Trudno nawet ustalić, kto odpowiada za jakiś zwrot akcji albo dialog...

Seria „Kriss de Valnor” była „w trakcie”. Czy trudno było przejąć otwartą historię i pisać kontynuację?

Szczęściem w przypadku „Kriss de Valnor” był fakt, że piąty tom był zwieńczony konkretnym zakończeniem. Kriss została porwana przez wody rzeki Raheborg, armia Magnusa została tymczasowo zwyciężona lub opóźniona, Thorgal był wplątany w przygody w Bag Dadhdzie. Nie było pilnej potrzeby nawiązania do cliffhangera ani odpowiadania na pytanie postawione Przez Yvesa Sente'ego.

Jest to zarazem początek nowej przygody, gdyż wraz z Xavierem postanowiliśmy dokonać rozliczenia Kriss de Valnor w kwestii jej pragnień oraz motywacji.

Czytając poprzednie albumy „Kris de Valnor”, można było stwierdzić, że Kriss zapomniała o tym, że jest matką... Zdecydowaliście się to zmienić. Czy to była wasza myśl przewodnia na początek?

Tak. Kriss przez długi czas była przedstawiana jako wojowniczka i złodziejka. Chcieliśmy nadać tej postaci inny wymiar. Nie po to, by zaprzeczyć wizji poprzednich autorów, lecz przeciwnie, mając na uwadze, że bohaterowie komiksów, tak jak ludzie, ewoluują i zmieniają się z czasem. Wielkim wydarzeniem w życiu Kriss w ostatnich latach były narodziny Aniela. Jak ją to zmieniło? Chcieliśmy odpowiedzieć na to pytanie. Ale oczywiście Kriss, jak to Kriss, nie jest zwykłą matką.

Czy byliście w jakiś sposób ograniczeni przez pomysły Yvesa Sente'ego?

Nie, w ogóle. Yves Sente otworzył wiele ścieżek, którymi chcieliśmy pójść. Dokonaliśmy podsumowania rysujących się przed nami perspektyw i obraliśmy pewną drogę, by posunąć naprzód te postaci.

Czy mieliście określony plan na trzy albumy „Kriss de Valnor” po przejęciu tego tytułu?

Też nie. Wiedzieliśmy, że po ósmym tomie „Kriss de Valnor” seria ma się zbiec z „Thorgalem”, zatem musieliśmy zaplanować trzy albumy, żeby to osiągnąć. Lecz przede wszystkim chcieliśmy, żeby tom szósty był przerwą od tych wszystkich historii o wojnach i sojuszach, aby ukształtować naszą Kriss, dać jej czas do namysłu na temat tego, kim jest i co się dla niej liczy. Odpowiedź brzmi: Aniel.

Gauthier Van Meerbeeck porównał „Wyspę zaginionych dzieci” do „Alinoe”. Według mnie „Alinoe” jest czystej krwi horrorem. Wasz album nie jest tak straszny. Jakie jest twoje zdanie?

Nie chcieliśmy stworzyć strasznego albumu, tylko skonfrontować Kriss z macierzyństwem. We wszystkich jego aspektach. Osobiście nie jestem za bardzo odbiorcą opowieści grozy. „Alinoe” jest wspaniałym albumem. Jest wspaniały, bo naprawdę odczuwa się to, co czuje Jolan. W przypadku szóstego tomu „Kriss de Valnor” niekoniecznie chcieliśmy, żeby czytelnik współczuł Kriss, ale raczej, żeby obserwował jej zmianę. Zatem jest to mniej straszna historia.

Przy okazji, czy mógłbyś powiedzieć, który album „Thorgala” jest twoim ulubionym i dlaczego?

Bardzo lubię, ale też darzę szczególną sympatią, „Trzech starców z krainy Aran”, ponieważ to pierwszy album „Thorgala”, jaki przeczytałem. Uwielbiam jego konstrukcję: turniej, zwroty akcji. Niesamowity jest cykl Qa, naprawdę świetna jest „Korona Ogotaia”.

Góra czasu” jest albumem wykorzystującym motyw podróży w czasie, co jest dość „normalne” w świecie „Thorgala”. Czy zabawa z czasem sprawia trochę więcej frajdy?

To ogromna radość i dużo komplikacji, ponieważ trzeba wszystko przewidzieć. Film taki jak „Powrót do przyszłości” działa tylko dlatego, że jego mechanika jest bardzo precyzyjna i bezbłędna. Podróże w czasie należą do świata „Thorgala”, zatem zabawa nimi sprawia przyjemność.

W twoich scenariuszach widać dużo świeżych pomysłów, które wzbogacają świat „Thorgala”. Żyjąca wyspa, góra czasu, postać Jorila Świątobliwego i jego arena. Czym się inspirujesz?

Źródła moich inspiracji są bardzo szerokie. Pomysł na arenę Jorila wziął się z albumu „Asteriksa” pod tytułem „Walka wodzów”. Jeśli chodzi o górę czasu, tutaj inspiracją była literatura fantastyczna i science-fiction, w tym tacy autorzy jak Philip K. Dick (na przykład „Oko na niebie”). Zatem to bardzo zróżnicowane!

Z powodzeniem rozwinąłeś postać Magnusa, który stał się straszliwym wojownikiem. Czy jest czas na to, żeby rozwinąć postacie takie jak Draye, Xia i Ingvilda? Moim zdaniem nie są one zbyt interesujące...

Potrzeba czasu, aby sprawić, że postać jest interesująca, aby pokazać jej mocne strony, ale przede wszystkim jej słabości. W „Thorgalu” wolę pracować nad bohaterami z rodziny Aegirssonów i nad ich wrogami. Niestety nigdy nie ma wystarczająco dużo czasu, żeby wszystkich szczegółowo scharakteryzować. A Draye, Xia i Ingvilda nie są moimi ulubionymi postaciami.

Jak możesz opisać współpracę z Romanem Surżenko i Frédériciem Vignaux? Miałeś okazję się z nimi spotkać, omówić pomysły lub przedyskutować plansze?

Roman mieszka w Rosji, więc spotkaliśmy się raz, tuż przed rozpoczęciem pracy nad tomem szóstym. Ale współpraca była bardzo prosta, ponieważ Roman mówi bardzo dobrze po francusku i jest wielkim profesjonalistą. Jeśli chodzi o Freda Vignaux, to dużo prostsze, bo mieszka 30 minut ode mnie i mamy bardzo podobną kulturę. Sporo się widujemy, omawiamy nasz komiks, on przedstawia swoje pomysły. Często staramy się spotykać przy dobrym jedzeniu i rozmawiać o naszej Kriss.

Dlaczego zapadła decyzja o tym, żeby podzielić „Górę czasu” na dwie części? Czy dużo dyskutowaliście na temat tego rozwiązania? Skutkiem tego w albumie znajdują się dwa cliffhangery...

Mieliśmy do dyspozycji dwa albumy, żeby zakończyć dwie historie: historię Kriss, która chce odnaleźć Aniela i historię wojny Północy przeciwko Magnusowi. Jako że Aniel znajduje się w Bag Dadhdzie, nie było możliwości, żeby je powiązać. Na każdą z nich mieliśmy pomysł, który nam się podobał (górę czasu dla Kriss i Aniela, arenę Jorila dla Jolana i Magnusa). Wobec powyższego musieliśmy poprowadzić obie z nich równolegle. Myśleliśmy nad zrobieniem dwóch osobnych albumów, jednego poświęconego Kriss, drugiego Jolanowi. Ale uznaliśmy, że czytelnikom mogłoby się nie spodobać, że czytają album z serii „Kriss de Valnor”, w którym ona się nie pojawia...

Nie chcieliśmy też przeskakiwać pomiędzy dwoma wątkami: trzy strony o Kriss, trzy strony o Jolanie, trzy strony o Kriss, bo te zmiany za każdym razem powodują utratę identyfikacji z postacią.
W takim razie zrobiliśmy album podzielony na dwie części. Może się to wydawać dziwne lub srogie, ale moim zdaniem to było najlepsze rozwiązanie.

Dwie serie poboczne – „Kriss de Valnor” i „Louve” – mają się zbiec z serią główną. Czy brałeś udział w planowaniu tego wydarzenia?

Tak, wszyscy scenarzyści nad tym myśleli, dawali swoje pomysły. To jak spotkanie rodzinne, wszystkie mityczne postaci wreszcie się odnajdą.

Gdybyś miał okazję napisać one-shot rozgrywający się w świecie „Thorgala” – na wzór „XIII Mystery” – co to by było?

Przede wszystkim chciałbym kontynuować pisanie serii „Kriss de Valnor” po ósmym tomie. Opowiadać o przygodach złodziejki (i jej syna), podróżujących po fantastycznym świecie i oferujących swoje talenty jako najemnicy.
A jeśli chodzi o one-shot poświęcony jednej postaci, bardzo chciałbym zrobić komiks z Argunem Drewnianą Nogą albo z ludem Atlantów, tak bardziej ogólnie.

Dziękuję za poświęcony czas!

Dziękuję.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Wywiad z Fredem Vignaux

Frédéric Vignaux jest francuskim rysownikiem. W swoim dorobku ma między innymi wchodzący w skład serii „Ils ont fait l'Histoire” album „Vercingétorix”, one-shot „Le pendule de Foucault” oraz serię „Neige Origines”. Tworzy również okładki do serii „La sagesse des mythes”, komiksowej adaptacji klasycznych mitów greckich. Jest autorem rysunków w siódmym albumie serii „Kriss de Valnor” zatytułowanym „Góra czasu”. Frédéric zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań związanych z pracą nad „Światami Thorgala”.





Przypominasz sobie pierwszy kontakt z „Thorgalem”?

Na początku lat 80. prenumerowałem „Tintina”... Wśród przygodowych komiksów publikowanych w odcinkach znalazły się tam „Alinoe” i „Łucznicy”... Zatem zacząłem „Thorgala” z pewnością od dwóch najlepszych albumów serii!

A czy mógłbyś wymienić twój ulubiony album serii?

Bez wahania „Łucznicy”... To właśnie tam po raz pierwszy spotykamy Kriss.

Jak to się stało, że zostałeś nowym rysownikiem serii „Kriss de Valnor”?

Skontaktował się ze mną Gauthier (Van Meerbeck – przyp. JS) z wydawnictwa  Le Lombard.... Byłem akurat w środku remontu w nowym domu i kiedy odebrałem telefon, stojąc w alejce z artykułami elektrycznymi w sklepie z materiałami budowlanymi, to było coś nieziemskiego!

Jak się przygotowywałeś do pracy nad „Górą czasu”?

Zrobiłem planszę próbną, która się spodobała, a także szkic Kriss. Następnie, po pracy nad dziesięcioma pierwszymi planszami albumu, spędziłem weekend z Grzegorzem, z którym dyskutowaliśmy moje pierwsze przymiarki i przestrzeganie standardów panujących przy tworzeniu „Thorgala”!

Kriss de Valnor jest bardzo charakterystyczną postacią. Czy „studiowanie” jej osobowości było trudne?

Sposób graficznego przedstawienia Kriss zmienia się praktycznie w każdym albumie... Kriss się starzała, młodniała... Jest rysowana w zależności od sytuacji... Grzegorz ma swoją wersję, Giulio swoją, Roman jeszcze inną... Postanowiłem, że przede wszystkim trzeba uszanować ducha tej postaci... I wziąłem się do roboty...

Czy w czasie pracy nad albumem pozostawałeś w kontakcie z Grzegorzem Rosińskim? Może udzielał ci jakichś rad?

Tak jak powiedziałem, spędziłem z nim weekend, dyskutując i trochę pracując... Opowiadał mi przede wszystkim o duchu „Thorgala”, jego sposobie pracy i chęci do tego, żeby zawsze iść naprzód, szukając nowych sposobów wyrazu. Rysował również po moich planszach, aby pokazać mi, jak zrobiłby Kriss po swojemu. Mocno zainspirowałem się tą wizją. Później wysłałem mu mailem swoje plansze, a on przez telefon powiedział mi, co o nich myśli.

Bardzo podoba mi się okładka „Góry czasu”. Jest dynamiczna, tak jak sam album. Czy to ty zaproponowałeś ten motyw Rosińskiemu?

Tak, pomysł na okładkę wyszedł z treści albumu i od razu mu się spodobał.

Czy sam wybrałeś sobie kolorystę, którym został Gaétan Georges?

Tak, bardzo podobały mi się w jego kolory w „Rock & Stone”... A potem w „La Horde du Contrevent”.

Jak przebiegała wasza współpraca?

Wysyłałem mu mailem zarys tego, jak widziałbym klimat danej planszy, a on robił swoje. Następnie otrzymywałem świetne pokolorowane plansze i wyrażałem swoje uwagi... Albo nie!

Czy scenariusz Dorisona i Marilolle'a był „wymagający”? Na 48 stronach jest dużo kadrów (372), sporo się dzieje...

Trudno jest zmieścić wszystkie wątki w dwóch albumach... A więc tak, jest gęsto! Ale Xavier i Mathieu są bardzo otwarci na dyskusję i wszystkie uwagi z jednej, jak i z drugiej strony, były niezwykle konstruktywne.

Mnie bardzo podoba się scena początkowa „Góry czasu”, to znaczy walka ze strażnikami przed świątynią. A jaka jest twoja ulubiona scena w tym albumie?

Też ją lubię... Ale wolę dżunglę, która przypomina mi cykl o krainie Qa.

Na końcu albumu znajduje się szkicownik. Czy umieszczenie go było twoim pomysłem?

Jako że album liczy 48 stron... Trzeba było coś dorzucić, żeby zapełnić ostatni arkusz... Miałem co zaproponować... Zatem dodaliśmy materiały graficzne, które pozwalają zrozumieć proces przygotowania komiksu.

Czy rozpocząłeś już pracę nad kolejnym albumem?

Właśnie ukończyłem trzeci tom „Neige Origines”... I zabieram się za kontynuację „Kriss”!

Dziękuję za twój czas i powodzenia z kolejnym albumem i innymi twoimi projektami!

Dziękuję i najlepsze życzenia noworoczne dla ciebie i twoich czytelników!

piątek, 3 lipca 2015

Wywiad z Grzegorzem Rosińskim

Organizatorzy 22. Międzynarodowego Festiwalu Fantastyki w Nidzicy, gdzie miała miejsce wystawa prac Grzegorza Rosińskiego oraz rekwizytów do filmu "Władczyni lasów", przygotowali folder (widoczny na zdjęciu obok i na samym dole), w którym oprócz grafik znalazł się wywiad z polskim artystą. Wywiad ten można przeczytać również na Thorgalverse.

Mija prawie 40 lat, odkąd zaczął Pan tworzyć "Thorgala”. Co się zmieniło przez te lata?

Kiedyś to była robota na przekór wszystkim, na przekór całemu światu. Zresztą komiksy zacząłem robić dlatego, bo ich nie było, więc żeby je oglądać, musiałem je sobie sam narysować i napisać. W tamtym czasie nie było też żadnego grafika, który by sobie tak bezczelnie wyjechał na Zachód. No, nie wyjechałem tak od razu. Najpierw tak sobie jeździłem z doskoku, przyglądałem się, próbowałem swoich sił. Chciałem zobaczyć, jak wygląda praca w prawdziwym wydawnictwie komiksowym. Robiłem to trochę na przekór logice. Nasz kraj nie był przystosowany do takiego faceta. Jak zacząłem zarabiać tam pierwsze grosze, to nawet nie bardzo wiedzieli, jak ode mnie podatek ściągać. Ja sam chodziłem za tym, a oni mówili: "Panie Rosiński, my nie wiemy, jak to rozliczyć. Nie mamy takiej ustawy."

"Thorgal" też powstał przez przekorę. To była jedyna możliwość na regularną, permanentną współpracę, ponieważ nie było tam ani polityki, ani seksu, ani żadnych słusznych spraw. Na Zachodzie nikt nie chciał, żebym zajmował się słusznymi sprawami, dlatego z ulgą tam wyjechałem.

Na przestrzeni lat "Thorgal" się zmienił...

Oczywiście, "Thorgal" ciągle ewoluuje. Nie wiem, w którą stronę, ale nie jest lepszy ani gorszy, tylko wciąż inny. Tak jak ja się ciągle zmieniam. Zawsze szukałem czegoś, czego jeszcze nie robiłem. Mam tu na myśli różne techniki i próby podejścia do opowiadania historii. Nie moich zresztą, tyko cudzych. Zawsze miałem się za ilustratora, żadnego tam designera, ani malarza, ani komiksiarza. Komiks stał się dla mnie taką niwą, na której mogłem rozwijać się jako ilustrator, tylko trochę inaczej. Najważniejsze w ilustracji jest indywidualne podchodzenie do każdego tekstu literackiego. Taka usłużność wobec tego tekstu. Na pewno są pisarze, którzy sami mogą zilustrować własną książkę. W czasach, w jakich żyjemy, można jakimiś tam gryzmołami wyrazić swoją wizję świata. Nasza ilustracja w zasadzie już wymarła. Mówię to jako uczeń Szancera i Stannego, przedstawiciel złotych lat polskiej ilustracji. Cechowały je fantastyczne szaleństwo, poszukiwanie materiału, sposobu wyrazu. Ta świeżość polskiej ilustracji zginęła. Jakieś pokolenie się zatraciło i teraz trudno do tego wrócić.

Robiąc komiksy znalazłem się w bardzo trudnej sytuacji, ponieważ trafiłem do świata, w którym nie wolno się zmieniać. A ja znów przez przekorę byłem jedyny, który robił inaczej. Wśród moich kolegów nie widzę nikogo, kto by się zmieniał tak często i tak radykalnie. Oni mogli sobie robić w tym samym czasie realistyczny komiks i śmieszny komiks. Ale śmieszny był zawsze taki sam, tak samo śmieszny, a realistyczny tak samo realistyczny. I używali do tego środków, jakie sobie wypracowali.

Dlatego wielu czytelników wstrzymało oddech, kiedy zaczął pan malować "Thorgala"...

Ja uważałem, że to jest dużo lepsze, ponieważ zmieniłem format plansz, wprowadziłem różne nowe materiały. Takim laboratorium poszukiwań był chociażby "Szninkiel". Trzeba by to było dobrze przeanalizować w dużych formatach, żeby zobaczyć, jak próbowałem tam wprowadzać różne nowości wywodzące się właśnie ze szkoły ilustracji. Ale jak chciałem wprowadzić coś nowego do "Thorgala", to podniósł się wielki lament czytelniczy od razu, że to gorsze, że Rosińskiemu już się nie chce, a najlepsza to była "Zdradzona czarodziejka". Kurczę. Taki malarz ma inną motywację, bo on maluje dla siebie. Do galerii. Nie liczy się z publicznością, która jest milionowa, a każdy ma inne zdanie. My się przejmujemy tylko negatywnymi opiniami.

Czy pracując nad nowym albumem "Thorgala" również wprowadza Pan do swojego warsztatu jakieś nowe techniki?

Ciągle wprowadzam coś nowego. Gdybym nie mógł tego robić, to bym zasnął. Tak by się to skończyło. Ja wciąż szukam. Najlepiej jest, jak sobie kupisz nowe akwarelki...

Nową zabawkę...

Właśnie. Nowe ołówki, nowe kredki... To jest fascynujące, bo wtedy ujawnia się taka dynamika, następuje eksplozja, pojawia chęć, w artyście odżywa dziecko. Jak artysta nie ma w sobie dziecka – takiego, które buduje sobie zamki w piaskownicy albo ustawia żołnierzyki i strzela do nich z wiatrówki i zapomina o całym świecie – nie może tworzyć czegoś nowego. Kupowanie nowych piórek – patrzenie, jakie się najlepiej nada i co można wyciągnąć z każdego narzędzia – to świetna zabawa. Fantastyczna przygoda.

Jak się całe życie przeżyło z obrazem i przestaje on mieć jakieś tajemnice, to artysty już nie fascynuje, co narysować, co namalować. Kiedy idę na wystawę, nie obchodzi mnie, co jest na obrazie. Ja patrzę, jak to jest zrobione, jakimi narzędziami. Dlatego wszystkie alarmy dzwonią, bo muszę się temu przyjrzeć z bliska. My nie jesteśmy odbiorcami, jesteśmy wykonawcami obrazków dla innych.

Obecnie dużą popularnością cieszą się seriale osadzone w klimatach znanych z "Thorgala". Mam na myśli "Grę o Tron" i "Wikingów". To chyba dobry moment na serial oparty na "Thorgalu".

"Thorgal" to znakomity temat na serial. Ale od 30 lat ciągle ktoś kupuje prawa do ekranizacji, nic nie robi, potem ktoś inny je bierze, nic nie robi i tak w kółko. Ciągle ktoś prosi o udostępnienie praw. Proszę bardzo, ale niech to będzie ktoś solidny. Sama ochota to za mało. Studia najpierw kupują prawa, a potem będą kombinować pieniądze na to. To nie tak... Kiedyś jedna firma kupiła prawa do animacji, a potem ja musiałem uczyć ich rysować. To jacyś amatorzy byli i oczywiście wszystko się rozsypało.

Jeśli chodzi o "Wikingów", rok temu zrobiłem plakat, który przedstawia Thorgala i Ragnara. To zabawne, bo na początku Thorgal miał się nazywać Ragnar. Potem zostało to zmienione, ale w pierwszej wersji plansz w dymkach pojawiało się właśnie imię Ragnar. Grafiki nie zrobiłem na komputerze, chociaż bardzo łatwo byłoby zrobić zdjęcie, a potem je podretuszować. Wszystko wykonałem ręcznie. I nawet fajnie wyszło.

Widział Pan już pierwsze rezultaty prac Sióstr Bui nad filmem "Władczyni lasów", którego główną bohaterką jest Kriss de Valnor. Co może Pan o nich powiedzieć?

Mnie się to bardzo podoba. Jestem pewien podziwu. To są świetne dziewczyny. Nie grymaszą, nie szukają bogatych producentów, po prostu mają pasję. Uwielbiam ludzi, którzy mają pasję.

Wielki sukces na świecie odnosi obecnie gra "Wiedźmin". Myślę, że świat "Thorgala" jest idealny do tego, by przenieść go w podobny sposób do świata wirtualnego.

O sukcesie "Wiedźmina" nie dało się nie słyszeć. Ale ja bym nie chciał, żeby to była jakaś strzelanka. Nic z gatunku, gdzie Thorgal chodzi z mieczem i patrzy, komu by tu łeb ściąć. Nie trawię takiego świata, że jak coś się rusza, trzeba to zabić. Ale niestety świat jest krwiożerczy. Ludzie tacy są.

Jeśli chodzi o przemoc, na okładce albumu "Skald" po raz pierwszy pojawia się ona w tak dosłownym znaczeniu. Na żadnej okładce nie była tak wyraźna, jak tutaj, gdzie bohatera razi wilka strzałą wystrzeloną z łuku.?

Nie zgodziłbym się. Szkic Surżenki – bo jak zwykle prosiłem go o różne propozycje – wyglądał trochę inaczej. Działy się tam gorsze rzeczy. Ten wilk był inaczej narysowany. Ja to tak zrobiłem, że ta strzała jest dyskretna. Krew nie sika. Gdzie ta przemoc?

Patrząc na inne okładki "Thorgala", ta jest mimo wszystko najbardziej brutalna.

Nie spodziewałem się takiej reakcji. W komiksie musi być przemoc, tylko że ja tę przemoc zawsze starałem się schować. Przemoc jest potrzebna, żeby było widać dobro. Musi istnieć Ciemna Strona Mocy, żeby ta Jasna była widoczna. Jak w "Gwiezdnych Wojnach". Ostatnio z przyjemnością obejrzałem wszystkie sześć filmów.

Co zaważyło, że nowym scenarzystą "Thorgala" został Xavier Dorison?

Saga o Thorgalu zmienną jest. Jak kobieta. Ciągle coś się dzieje. Najpierw opuścił mnie Van Hamme. Potem Yves Sente. On chciał realizować swoje pomysły, a ja nie bardzo się z tym zgadzałem. Doszło do tego, że wielokrotnie poprawiał scenariusz, straciliśmy mnóstwo czasu. Wreszcie oddałem decyzję w ręce wydawcy. Znaleźli Dorisona. Jest bardzo wielu świetnych i chętnych do pracy scenarzystów, ale Xavier Dorison jest uznawany za najlepszego fachowca na rynku. Bardzo się ucieszyłem.

Był pan dla niego przewodnikiem po świecie "Thorgala"? Sugerował mu pan coś, proponował konkretne rozwiązania?

Nie, nie. Xavier dostał scenariusz Yvesa i miał coś z nim zrobić. To było jego zadanie. Na tym etapie wolałem się nie wtrącać. Dopiero po pierwszych efektach jego pracy był materiał do rozmowy. On wiedział doskonale, czego nie mogłem zaakceptować, co mi nie odpowiadało. Yves Sente stworzył mnóstwo postaci, ale tak naprawdę żadnej wartej wysiłku, by dać jej życie. Tyle tych postaci narobił, że ja sam zacząłem się w tym gubić, nic z tego nie rozumiałem. Zamiast uprościć historię, skomplikował ją. Ja lubię przede wszystkim historie, które są dobrze skonstruowane. Bardzo lubię nowelki, krótkie opowiadania, które moim zdaniem są trudniejsze do napisania niż długa powieść. Dorison podołał powierzonemu mu zadaniu. Strasznie się zapalił do pracy.

Jest pan zadowolony z tego, co napisał?

Tak. Chociaż tak naprawdę nie jest to oryginalny scenariusz Dorisona. Pracując nad nim nie tworzył w próżni, nie był wolny, nie mógł pozwolić sobie na własną kreację. To było reperowanie tego, co musiało nastąpić, ponieważ zarys historii by już stworzony. Mamy przecież do czynienia z kontynuacją poprzedniego odcinka.

Rozpoczynając przygodę z "Thorgalem" Dorison był w trudnej sytuacji.

W bardzo trudnej. Ale z niej wybrnął. Wybrnęliśmy z niej wspólnymi siłami i powstał bardzo dobry scenariusz.

Może pan jakoś skomentować rezygnację Giulio de Vity z roli rysownika serii "Kriss de Valnor"?

To było dla nas zaskoczenie. O wszystkim dowiedzieliśmy się z internetu. Giulio nas nie uprzedził. A był taki zachwycony. Odniósł sukces, komiksy świetnie się sprzedawały. Nigdy nie miał takich nakładów. Nie wiem, co się stało. Miał całkowitą swobodę twórczą.

Nowym rysownikiem serii został Roman Surżenko. To jego trzeci tytuł w "Światach Thorgala"!

Roman okazał się niesłychanie skuteczny. Podesłałem mu kilka uwag dotyczących rysowania Kriss, żeby to nie była jakaś kulturystka. To zawsze miała być panienka. A nie Schwarzenegger w spódnicy.

Czy są jakieś pomysły rozbudowywania "Światów Thorgala"?

Ja ciągle chcę mieć w katalogu "Światów Thorgala" one-shoty, pojedyncze albumy robione przez różnych autorów, scenarzystów i rysowników. To szansa, by wypróbować innych. Mamy mnóstwo dobrych rysowników, którzy palą się do pracy. Jest jeszcze za wcześnie mówić o nazwiskach. Najlepsi mają swoje serie, swoje kontrakty i muszą znaleźć miejsce w swoich kalendarzach. Na taki one-shot czas się znajdzie, natomiast na nową serię już trudniej go wygospodarować. Ale jak ktoś zasmakuje w pojedynczej historyjce, to będzie mógł się zastanowić, czy chce robić coś dłuższego.

Na koniec proszę powiedzieć, nad czym pracuje pan w tym momencie?

Muszę teraz zrobić okładkę do nowej "Kriss de Valnor". No i malować dalej "Thorgala".