EPOXY

środa, 16 maja 2018

Zapowiedzi na rok 2018

Wydawnictwo Egmont Polska zapowiada na drugą połowę roku trzy komiksy z logo "Thorgal" na okładce. We wrześniu ma ukazać się siódma część serii "Młodzieńcze lata". W październiku można spodziewać się ósmej odsłony serii "Kriss de Valnor". W listopadzie do sprzedaży trafi trzydziesty szósty album "Thorgala".

piątek, 11 maja 2018

Wydania zbiorcze "Thorgala" w czerni i bieli

Wydawnictwo Le Lombard przy współpracy z oficyną Niffle zapowiedziało publikację trzeciego czarno-białego wydania zbiorczego "Thorgala" w powiększonym formacie. Będzie on zbierać albumy "Aaricia", "Władca gór", "Louve" i "Strażniczka kluczy". Jego objętość wyniesie 200 stron, a wymiary 26,8 x 34 cm. Komiks ma trafić do sprzedaży na rynku frankofońskim 31 sierpnia w cenie 39 euro.

czwartek, 19 kwietnia 2018

Oryginalne plansze z "Thorgala" na wystawie

Podczas III edycji Warsaw Comic Con, która odbędzie się w dniach 20-22 kwietnia w Ptak Warsaw Expo w Nadarzynie, galeria Polish Comic Art zaprezentuje wystawę oryginalnych plansz komiksowych "Sztuka Komiksu". Będzie na niej można obejrzeć między innymi dwanaście plansz z "Thorgala" autorstwa Grzegorza Rosińskiego ("Ponad Krainą Cieni", "Gwiezdne dziecko", "Klatka", "Ofiara"), plansze z "Kriss de Valnor" autorstwa Giulio de Vity oraz blaudruki z kolorami Grazy.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Recenzja "Lodowego drakkara"

Stąpaniem po wyjątkowo cienkim lodzie nazwałbym wzięcie na warsztat bądź co bądź atrakcyjnego wątku gwiezdnego ludu, ponieważ jest on wewnętrznie sprzeczny u samego Jeana Van Hamme'a. Jak zapewne wszyscy pamiętają, wersja wydarzeń opowiedziana przez Slivię w „Wyspie lodowych mórz” nie znajduje przełożenia na wersję wydarzeń opowiedzianą przez Xargosa w „Talizmanie”. Zmiana ta była wymuszona pomysłem na rozpoczęcie i dramaturgiczne rozwiniecie historii rozgrywającej się w Krainie Qa. Cóż, Yann Le Pennetier wyłożył się na tym temacie jak długi i to od razu na samym początku. A wcale nie musiał. Wymagana była jednak chirurgiczna precyzja, którą dotychczas nie zwykł się posługiwać w tytułach należących do „Światów Thorgala”. Tym oto sposobem „Młodzieńcze lata” przeobrażają się z obiecującego tytułu w swego rodzaju parodię.

Pomijając już samą kwestię tego, że według wprowadzonej przez Van Hamme'a zmiany, Slivia nie powinna znać rodziców Thorgala, ponieważ nie należała do tej samej załogi rozbitków z innej planety, warto przyjrzeć się uważniej temu, jak ta ikoniczna postać została ukazana w tym komiksie i na ile jej wizerunek pokrywa się z tym, jaki znamy ze „Zdradzonej czarodziejki” i „Wyspy lodowych mórz”.‎ O ile jej epizodyczny występ w pierwszym albumie serii poświęconej młodzieńczym latom Thorgala rozbudzał wyobraźnię, o tyle Slivia ukazana w poprzednim albumie, a w szczególności w niniejszym, nie przypomina siebie. To po prostu nie jest ta postać z pierwszych dwóch albumów „Thorgala”. Tylko tak wygląda.

Na początku „Lodowego drakkara” dowiadujemy się, w jaki sposób dumna kobieta z gwiezdnego ludu trafiła do wikińskiej niewoli. Powiedzieć, że scenarzysta nie miał pomysłu na rozwiązanie tej kwestii, to nic nie powiedzieć. W dodatku załatwił sprawę możliwie szybko. Najbardziej bolesna okazała się jednak jego nieumiejętność w nadaniu tej postaci właściwego charakteru. Razi w oczy sytuacja, kiedy tracąc kilku ludzi, Slivia jest gotowa zrezygnować z misji, o której realizację najwyraźniej mocno zabiegała, sprzeciwiając się swym pobratymcom. Misji, od której ma zależeć przyszłość całej kolonii, ba!, całej rasy. Uzbrojona w pistolet i rzekomo obdarzona czarodziejskimi mocami, polega na kilku odzianych w skóry i wyposażonych w oszczepy ludziach. Nie tego należałoby się spodziewać po postaci tego pokroju. Nic nie wskazuje na determinację, dzięki której byłaby w stanie przetrwać dziewięć długich lat w niewoli. Problem w tym, że skoro scenarzysta podjął się dopowiedzenia pewnych rzeczy, musi to robić z wyczuciem. Tymczasem jego wizja wywołuje więcej pytań niż scenariusz Van Hamme'a, który nie miał na celu wyjaśniać wszystkiego, bo najzwyczajniej w świecie nie było to istotne dla fabuły. I tak oto w przedstawionej przez Yanna rzeczywistości aż dziw bierze, że nikt nie przybył Slivii na pomoc, kiedy siedziała zamknięta w jakiejś wieży, tak naprawdę przez nikogo nie strzeżonej. Skoro okazuje się, że tylu innych Atlantów było przy życiu, naprawdę nikt nie wpadł na pomysł, by ją odszukać?

Odkrywanie tajemnicy związanej z ucieczką Slivii po dziewięciu latach niewoli staje się z każdą chwilą coraz bardziej nużące. Chyba każdy spodziewał się, że okoliczność utraty oka będzie związana z jakąś zapadającą w pamięć sceną. Wypada ona dosyć blado, tym bardziej, że Yann wplata w tę historię postaci, które sam wymyślił na potrzeby serii – Aninę oraz jej bliskich. W tym miejscu odniosę się raz jeszcze do samej niewoli, która wygląda przecież na jakąś farsę. Nie sądzę, żeby Slivia dała radę przeżyć w takich warunkach, nawet jeśli regularnie ją dokarmiano. A jeśli już, to wychodzi z więzienia w bardzo dobrej kondycji fizycznej i jedyne, co mogłoby świadczyć, że była więziona, to za długie paznokcie... Choć zabrzmi to nieco sadystycznie, spodziewałbym się raczej, że kobieta była zaszczuta przez ludzi Gandalfa, co spotęgowało jej nienawiść do władcy wikingów.

Użycie pistoletu laserowego we wszystkich albumach napisanych przez Van Hamme'a można by policzyć na palcach jednej reki. Pierwszy strzał oddała Kriss do Vartha. Później pistoletem posłużył się Orgow. Wreszcie pistoletu użył Chryzjos. Slivia strzela w tym albumie na prawo i lewo. Strzela do wszystkiego, co się rusza i stanowi dla niej zagrożenie, co gorsza – najczęściej pudłując. Na sześć strzałów tylko dwa są celne. Posługiwanie się elementami science-fiction bez wyczucia to wyjątkowo tani zabieg. Tym bardziej, że skoro Slivia była nazywana czarodziejką, co wymownie sugeruje tytuł pierwszego albumu „Thorgala”, powinna przejawiać jakiekolwiek nadludzkie moce. Yann zupełnie pominął ten fakt, jeszcze bardziej zubażając tę postać.

Dodam jeszcze, że pistolet, który w poprzednim odcinku odzyskał dla Slivii mały Skald, znajdował się wewnątrz kapsuły ratunkowej, podobnie zresztą jak mnóstwo innych technologicznie zaawansowanych przedmiotów, w tym apteczka. Cóż z tego, kiedy scena z pierwszych stron tego albumu całkowicie do tego nie pasuje. Chodzi o to, że nic nie wskazuje na to, jakim cudem ten pistolet się tam znalazł... bo zaatakowana Slivia upuściła go na ziemię, a ten wpadł do dziury. Nie został przez nią odłożony do szufladki. No chyba, że Yannowi ewidentnie zależy na cudownym pomnożeniu pistoletów i ponownym wprowadzeniu ich do serii. Jeden na pewno trafia w ręce matki Skalda i jestem przekonany, że pojawi się w kolejnym odcinku „Młodzieńczych lat”, a może nawet w „Thorgalu”. Tylko czy tego właśnie potrzebujemy? „Gwiezdnych wojen”?

Yann bez szacunku podchodzi do Atlantów, którzy w „Wyspie lodowych mórz” zostali ukazani jak bogowie siejący postrach na dalekiej północy, ciemiężąc lokalną ludność i stanowiący zagrożenie również dla wikingów z Northlandu. Władcy (fr. Dominants), jak ich zwano, byli dla Slugów postaciami na wskroś tajemniczymi: odzianymi w dostojne szaty i skrywające ich oblicza hełmy. Możemy sobie tylko wyobrażać, że na co dzień posługiwali się rozwiniętą technologią, taka jak chociażby pistolety laserowe czy pasy antygrawitacyjne, mieli też prawdopodobnie rozwinięte zdolności psioniczne. Pamiętajmy, że moce przejawiał Pan Trzech Orłów, który potrafił porozumiewać się ze zwierzętami. Zresztą można założyć, że Slivia również przejawiała taką zdolność, biorąc pod uwagę jej zażyłość z Sharnem. Te wszystkie domniemania opierają się w zasadzie na dwóch sugestywnych kadrach z „Wyspy lodowych mórz”, na których widać kilka takich postaci oraz ich nadzwyczajne statki, napędzane nie wiatrem, a węglem. Niestety w „Lodowym drakkarze” Slivia wygląda na niezbyt charyzmatyczną osobę, a kontrarcha to starszy pan z brzuszkiem, odziany w nazbyt obcisły kombinezon, którego pierwszy lepszy wiking rozdarłby gołymi rękami na strzępy, o ile starszemu panu nie udałby się wyciągnąć na czas pistoletu, ewentualnie posłużyć się jakąś mocą, ale niewiele wskazuje na to, ze ktoś posiada tak rozwinięte zdolności jak Jolan. Owszem, w „Królestwie pod piaskiem” Jean Van Hamme pokazał Atlantów w nieco krzywym zwierciadle, tylko że niestety można odnieść wrażenie, że właśnie na tym albumie bazował Yann, ignorując kluczowe informacje z „Wyspy lodowych mórz”...

Jeśli już jesteśmy przy niszczeniu wizerunku znanych postaci, Yann w popisowy wręcz sposób burzy wizerunek Pana Trzech Orłów. Jak pamiętamy, była to osoba budząca grozę, owiana tajemnicą, wzbudzająca szacunek. Ostatni z Władców, w dodatku mający na swoich usługach trzy drapieżne ptaszyska. No i co? Otóż w jednej ze scen w „Lodowym drakkarze” Pan Trzech Orłów pokazuje swoją twarz. I ma to miejsce w obecności całej załogi statku... Oczywiście okazuje się, że jest dziewczyną z burzą rudych włosów skrywanych pod hełmem. Czy można popełnić większe faux pas? Odnoszę wrażenie, że scenarzysta zupełnie nie wie, co robi, no chyba ze planuje postawienie wszystkich wioślarzy z darakkara przed pluton egzekucyjny, by plotka o ułomności bogów szybko nie obiegła okolic. A przecież wystarczyłoby, gdyby córka porozmawiała z matką w ustronnymi miejscu. Tylko że do tego potrzebna jest świadomość tego, co można, a czego nie można. Krótko mówiąc, znajomość kodu i praw rządzących tym światem.

Zresztą sam tytuł albumu jest też nieco mylący. Zamiast okrętu z prawdziwego zdarzenia, podkreślającego przewagę technologiczną Władców, mamy jakiś zwykły statek, w dodatku wcale nie lodowy. Zgadza się, pod koniec „Zdradzonej czarodziejki” po Slivię przypłynął lodowy drakkar, który nie przypominał łodzi napędzanej nowoczesna maszynerią, ale takie przedstawienie tytułowego statku, z jakim mamy tu do czynienia, to najzwyczajniej w świecie zmarnowanie potencjału.

Krzywdzące jest również, moim zdaniem, przedstawianie w tym komiksie Thorgala. Jeszcze na początku serii był z niego dziarski chłopak, który miał coś do powiedzenia, a jego czyny miały mniejsze lub większe znaczenie dla rozwoju sytuacji. Tymczasem kolejny raz widzimy, że nie ma żadnego wpływu na wydarzenia, nie podejmuje w komiksie ani jednej kluczowej decyzji, a raczej pełni rolę biernego obserwatora, w dodatku wciąż zagubionego, wciąż kogoś szukającego: w poprzednim albumie szukał Hierulfa, teraz szuka Aaricii, namolnie powtarzając, że nikomu nie wolno z tego zrezygnować. Można wręcz odnieść wrażenie, że jest dla scenarzysty kulą u nogi. Co innego, kiedy chodziło o brak charyzmy u Louve. W przypadku Thorgala jest to niewybaczalne! Szczerze, trudno mi sobie wyobrazić, kogo może zainteresować taki protagonista.

Solveig również nie jest tu sobą. Może się powtarzam, ale Yann uparcie i całkowicie bezkarnie zmienia usposobienie znanych i lubianych postaci. Co ciekawe, scenarzysta na cztery pierwsze albumy w ogóle zapomniał o dziewczynce, której obecność u boku Aaricii była bardziej niż oczywista, nawet gdyby nie miała do odegrania jakiejś szczególnej roli. Przypomniał sobie o jej istnieniu w poprzednim odcinku, wprowadzając ją do historii tak po prostu, jak gdyby cały czas była na miejscu, tuż obok, tylko nie mieściła się w kadrach rysowanych przez Romana Surżenkę. W tym kontekście można by było powiedzieć, lepiej późno niż wcale. Problem w tym, że rola, jaką przygotował dla niej Yann, kompletnie nie pasuje do tej postaci. Otóż okazuje się, że Solveig kocha Thorgala, i to od zawsze, co mówi mu wprost, jeszcze wcześniej całując go niespodziewanie w usta. Gdyby był to zwyczajny pocałunek „na szczęście”, dałoby się go wytłumaczyć i nie byłoby nawet tematu. Niejeden taki „niewinny” buziak otrzymał nasz bohater, prawda? Ale mówienie o miłości? Ważkie wyznania, które redefiniują niewinną i szczerą dziewczęcą przyjaźń? Och, jakie go głupie i niepotrzebne!

„Lodowy drakkar” cierpi na brak dobrej fabuły. Tak naprawdę dużo w nim niewiele wnoszących wypełniaczy. Ot, na przykład retrospekcja wydarzeń, które miały miejsce między albumami. Zamiast wpleść je w ciąg fabularny, a najlepiej po prostu streścić w jednym dymku, zostają im poświęcone aż dwie strony. Gdyby jeszcze były one nośnikiem ważnych informacji, rozbudowywały postacie albo miały kluczowy wpływ na interakcje między nimi... Nic z tych rzeczy. Problem chyba w tym, że sam Yann nie wie, o czym chce opowiadać. Albo inaczej, nakreślił linię czasową, po której akcja biegnie od punktu do punktu, ale to, co najważniejsze, nie jest dla niego aż tak istotne. Francuz namnożył postaci, aby przerzucając między niemi kamerę i stworzyć wrażenie pozornego ruchu. Lecz zbyt wiele scen z tego komiksu nie ma najmniejszego sensu, poza wypełnieniem kolejnych plansz: dla przykładu spotkanie Thorgala z Hierulfem, cały wątek wölwy i jej córki. Przecież do rozwinięcia jest tyle ważniejszych wątków. W tym względzie przypomina to poczynania Yvesa Sentego, za którym trudno dziś tęsknić. Efekt pracy miotającego się scenarzysty to zawsze smutny widok.

Dokonując pewnego rodzaju podsumowania, jestem gotów stwierdzić, że chyba największym problemem „Lodowego drakkara” jest to, że z jednej strony jest on za mało spójny dla starych czytelników, którzy pierwsze albumy serii znają prawdopodobnie lepiej od scenarzysty, a z drugiej nieszczególnie interesujący dla młodego pokolenia, które dostaje dużo ciekawsze i dużo mniej pogmatwane fabuły w innych seriach nieobarczonych tak długim stażem. Tym oto sposobem pozostaje sam efekt znajomego i kultowego logo na okładce. I naprawdę fajna okładka!

No właśnie, skuszeni klimatyczną okładką czytelnicy będą zwiedzeni. Losom młodej Slivii poświęcone zostały zaledwie pierwszych pięć plansz albumu. W dodatku w komiksie trudno szukać nad wyraz dumnej i chłodnej kobiety, która została namalowana przez Grzegorza Rosińskiego w mocno opinającym jej ciało kombinezonie, z pistoletem w dłoni. Tym razem scenariusz nie dorównał okładce, która naprawdę się udała i jestem gotów postawić ja na podium spośród wszystkich dotychczasowych okładek albumów wchodzących w skład „Światów Thorgala”.

„Lodowy drakkar” nie jest ostatnim albumem serii. Yann sprytnie, ale na mimo wszystko na siłę, rozwleka cykl o młodzieńczych przygodach Thorgala Agerirssona, dolewając do swoich scenariuszy coraz więcej wody, ale przede wszystkim ignorując treści, których znajomość jest istotna w budowaniu spójnych z całą serią scenariuszy. Trzeba też chyba lubić postać, z którą się pracuje. Tak więc do kultowej sceny z pierścieniami ofiarnymi wciąż daleko. Zastanawiam się, czy zamiast Gandalf Thorgala, Gauthier Van Meerbeck nie powinien przykuć do nich Yanna. Smak soli w ustach bywa trzeźwiący.

"Młodzieńcze lata" album 6: "Lodowy drakkar"
Tytuł oryginalny: Le drakkar des glaces
Scenariusz: Yann
Rysunek: Roman Surżenko
Tłumaczenie: Wojtek Birek
Wydawnictwo: Egmont Polska
Data publikacji: 04.2018
Wydawca oryginału: Le Lombard
Liczba stron: 48
Format: 21,5 x 28,5 cm
Papier: kredowy
Druk: kolor
Oprawa: miękka/twarda
Cena: 22,99 zł/29,99 zł

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Plansze z "Lodowego drakkara"

Wydawnictwo Egmont Polska udostępniło trzy plansze (nr 2, 19 i 39) z szóstego albumu serii "Młodzieńcze lata" zatytułowanego "Lodowy drakkar", którego oficjalna premiera została zapowiedziana na 18 kwietnia. Komiks będzie dostępny w miękkiej (22,99 zł) i twardej (29,99 zł) oprawie.