EPOXY

środa, 28 grudnia 2011

Fanart nr 21: Przemysław Kłosin

Rysunek widoczny obok wykonał Przemysław Kłosin, ilustrator. Jego grafika znalazła się na okładce książki Jarosława Sowółła "Seryjne oblicza zła". Krótki komiks jego autorstwa był publikowany w belgijskim magazynie "P@per". To, nad czym obecnie pracuje artysta, można oglądać na jego blogu: http://mooseplanet.blogspot.com (znajduje się tam inny fanart poświęcony Thorgalowi). O swojej przygodzie z serią Jeana van Hamme'a i Grzegorza Rosińskiego opowiada w następujący sposób:

"Z "Thorgalem" miałem do czynienia praktycznie od początku, kiedy zaczął się ukazywać w Polsce (mówię wydaniach albumowych, na "Relax" jestem odrobinę za młody). Mój wujek zafascynowany tą serią kupował wszystko, co się ukazało, a jako iż też trochę malował i rysował, miał na ścianie obraz replikę okładki "Łuczników". Jednak moje własne "Thorgale" dostałem w 1990 roku od dziadka i były to "Ponad krainą cieni" oraz "Między ziemią a światłem". W tamtym okresie jeszcze nie bardzo do mnie trafiała ta historia, jak i ilustracje Rosińskiego. Nawet nie kumałem, że to Polak rysuje. Raczej absorbowały mnie Tm-Semici, a "Thorgal" wydawał mi się za poważny i nie kolekcjonowałem go. Czasem jak coś przypadkowo się trafiło, to dołączałem do zbioru. Dopiero jako starszy fan komiksu swoją uwagę skierowałem ku przygodom dziecka z gwiazd. Zdobywałem kolejne albumy w różnoraki sposób. Od stoisk na rynku, przez antykwariaty, księgarnie, po kupowanie od kolegów i wymienianie się na inne komiksy. Wtedy zacząłem doceniać kunszt Rosińskiego, jego mistrzowską kreskę. Moja uwagę przykuło to, iż zmieniała się ona niemal z albumu na album. Rosiński nigdy nie był taki sam. Był sobą, ale nigdy nie taki sam. Mimo iż najbardziej lubiłem rysowanego Thorgala, to jednak podoba mi się zmiana jaka zaszła w serii. Mam na myśli fakt, iż zaczął on być bardziej malowany niż rysowany. Moim zdaniem odświeżyło to serię pod względem wizualnym i widać, że dało twórcy nową frajdę z jej tworzenia. Gdybym miał wskazać swój ulubiony album "Thorgala", wskazałbym "Aaricię", a w szczególności epizod "Łzy Tjahzi" i dlatego też postanowiłem w luźny sposób nawiązać do tego albumu swoim rysunkiem. Nie wiem, dlaczego akurat ta część jest moją ulubioną, ale jakoś też nie bardzo chce mi się nad tym zastanawiać. Po prostu do mnie trafia i mam do niej słabość, i chyba takie rzeczy najbardziej lubię. Takie które po prostu mi się podobają, które czuję."

wtorek, 27 grudnia 2011

Finał konkursu "Statek miecz" i "Louve"

W tej samej grocie, gdzie Aaricia rodziła Louve przyszły na świat dwa wilcze szczenięta (album "Louve"). Z córką Thorgala nie chciały rozmawiać pająki (album "Arachnea"). Kupcowi Sardhamowi El Kadherowi towarzyszy małpka (album "Bitwa o Asgard"). Gratulacje dla wszystkich, którzy udzielili poprawnych odpowiedzi na zadane w konkursie pytania.

Szczęśliwcem który wygrywa ufundowane przez wydawnictwo Egmont Polska albumy "Statek miecz" i "Raissa" jest Łukasz Kuciński.

czwartek, 22 grudnia 2011

Trzeci album "Kriss de Valnor" w 2012 roku

Jak wynika z planów wydawniczych Egmont Polska, przedstawionych przez Tomasza Kołodziejczaka na forum Alei Komiksu, już jesienią 2012 roku ma ukazać się trzeci album cyklu "Kriss de Valnor". W tym samym czasie do dystrybucji trafić ma drugi album serii "Louve" zatytułowany "Odcięta dłoń boga Tyra".

Polska premiera drugiej części spin-offu "Kriss de Valnor" o tytule "Wyrok Walkirii" ma odbyć się w marcu lub kwietniu nadchodzącego roku.

środa, 21 grudnia 2011

Fanart nr 20: Jakub Martewicz

Thorgala widocznego na ilustracji obok narysował Jakub Martewicz, twórca serii komiksowych "Henryk Kaydan" oraz "Zmora". Aby bliżej zapoznać się z tymi projektami warto odwiedzić stronę www.hkaydan.com. Na temat "Thorgala" autor nie wypowiedział się.

piątek, 16 grudnia 2011

Konkurs "Statek miecz" i "Louve"

Zapraszam do wzięcia udziału w konkursie, w którym wygrać można pakiet dwóch albumów: "Statek miecz" oraz "Raissa". Sponsorem konkursu jest wydawnictwo Egmont Polska. Oba komiksy są w miękkich okładkach. 

Aby spróbować szczęścia w losowaniu należy udzielić prawidłowych odpowiedzi na trzy pytania: 

Ile wilczych szczeniąt przyszło na świat w tej samej grocie, gdzie Aaricia rodziła Louve? 

Które zwierzęta nie chciały rozmawiać z córką Thorgala? 

Jakie zwierzę-maskotka towarzyszy kupcowi Sardhamowi El Kadherowi?

Zgłoszenia proszę wysyłać na adres jakubsyty@gmail.com do 26. grudnia włącznie, w temacie wiadomości wpisując frazę "thorgalowy konkurs". Nazwisko zwycięzcy zostanie ogłoszone dzień później.

czwartek, 15 grudnia 2011

Wywiad z Wojtkiem Birkiem

Wojciech Birek zajmuje się komiksem we wszelkich możliwych aspektach. W swoim dorobku ma komiksowe scenariusze (m.in. historyczna seria edukacyjna "Strażnicy Orlego Pióra", wydane przez IPN albumy "Wbrew nadziei" czy "Uwolnić więźniów"), oprócz tego rysował komiksy do własnych scenariuszy (m.in. "Na dworze króla Ćwieczka", "Naznaczony mrokiem"). Opublikował liczne teksty krytyczne na temat komiksu, w tym jest autorem pracy doktorskiej zatytułowanej "Główne problemy teorii komiksu". Zasiada w jury łódzkiego Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier. Jest współzałożycielem Rzeszowskiej Akademii Komiksu. Tłumaczy historie obrazkowe z języka francuskiego - w jego portfolio znajdują się takie tytuły, jak "W poszukiwaniu ptaka czasu", "Yans" czy - to chyba oczywiste - "Thorgal". A oto, co Wojciech Birek ma do powiedzenia na temat swojej fascynacji serią Jeana van Hamme'a i Grzegorza Rosińskiego oraz pracy tłumacza:

Jak różne jest tłumaczenie komiksu, do którego ma się większy sentyment? Bo rozumiem, że tak właśnie jest w przypadku tłumaczenia kolejnych albumów przygód Gwiezdnego Dziecka.

„Thorgal” rzeczywiście jest dla mnie komiksem szczególnym (za chwilę wyjaśnię, z jakich powodów) i można by założyć, że do jego tłumaczenia podchodzę jakoś specjalnie. Ale tak nie jest. Owszem, towarzyszy temu ciekawość, jak w kolejnym albumie poprowadzona została fabuła, co się dzieje z postaciami, jakie schematy narracyjne i fabularne zostały tu uruchomione, ale samo tłumaczenie to taka sama praca translatorska, jak w przypadku jakiegokolwiek innego komiksu, który dostaję na warsztat. Każdy taki serial czy komiks ma oczywiście w tej materii swoją specyfikę i może wymagać specjalnego traktowania (zwłaszcza gdy jest nasycony odniesieniami zewnętrznymi, osadzony w określonych realiach czy wymaga zapoznania się z konkretną wiedzą na jakiś temat - np. żeglarstwo czy podróże kosmiczne), ale akurat w przypadku „Thorgala” nie ma tego typu obciążeń; serial jest osadzony w umownej rzeczywistości i dość swobodnie traktuje realia historyczne czy mitologiczne, a dialogi są pisane współczesnym językiem bez prób jego archaizowania. Nie ma tam żadnych tekstów wierszowanych czy cytatów, które należałoby przekładać ze szczególną starannością formalną, więc wystarczy tu zwykła dbałość o sensowność i klarowność przekładu oraz zachowanie, na ile to możliwe, wierności wobec oryginału. Nie jestem zwolennikiem swobodnego gmerania w tłumaczonych tekstach i wtykania w nie własnych pomysłów – raczej staram się uszanować wysiłek autora pierwotnego tekstu i możliwie wiernie oddawać specyfikę jego stylu.

Oczywiście „Thorgal” ma swoje specyficzne uwarunkowania, które rzutują na kształt tłumaczenia; jest nią wewnętrzna spójność nazw, imion, wydarzeń i wątków, o których wspomina się lub pokazuje w komiksie. Trzeba pamiętać, że nie tłumaczyłem „Thorgala” od początku, że przede mną były już inne tłumaczenia, a ja „wszedłem do akcji” w toku serii, co zmusiło mnie i wydawcę do respektowania pewnych decyzji, podjętych wcześniej. Najwyraźniej widać to po losach imienia Kriss de Valnor: zawsze byłem za przekładem na polski i przyjęciem wersji „Kriss z Valnoru”, ponieważ ani Kriss nie pochodzi z krainy frankofońskiej, ani nie jest szlachcianką, należy więc założyć, że ten przydomek po prosu oznacza pochodzenie bohaterki (tak jak u nas Maćko z Bogdańca czy Powała z Taczewa). Gdyby komiks napisano pierwotnie po niemiecku, a nie francusku, dziewczyna nazywałaby się „Kriss von Valnor”... i co, zostawilibyśmy to? Swoją drogą, w wersji flamandzkiej jest „Kriss van Valnor”, w angielskiej „Kriss of Valnor”, tylko Niemcy i my zostawiliśmy to oryginalne „de”. Tak czy owak, imię w pierwotnej wersji tak mocno osadziło się w świadomości czytelników, że wspólnie z redaktorami (nie zapominajcie, że zawsze oprócz tłumacza w procesie przygotowania polskiej edycji uczestniczy też redaktor, który też ma swoje zdanie i to on często podejmuje ostateczne decyzje o kształcie tekstu) zdecydowaliśmy o pozostawieniu tej wersji. I mimo wielokrotnych reedycji, włącznie z nową redakcją tekstów, nie udało się doprowadzić do tej rewolucji. Więc tak już chyba zostanie na wieki wieków, amen.

Nota bene, moim zdaniem nie do końca przekonująco wyjaśniono pochodzenie przydomku Kriss w komiksie. Dobrze, ma je po ojcu, którego nigdy na oczy nie widziała i nie wiadomo, czy w ogóle darzy miłością... więc jeśli generalnie zrywa ze swoją rodzinną przeszłością, to dlaczego zatrzymuje sobie to imię? Może Yves Sente, pisząc scenariusz pilota „Kriss”, powinien był jakoś wpisać sprawę tego przywiązania dziewczynki do nazwiska ojca, zaakcentować fakt, że nosi je z dumą czy chociaż z uporem. Wioskowe popychadło z takim nazwiskiem, to powinien być chyba powód do drwin?... No, może się czepiam.

Kiedy po raz pierwszy zetknął się Pan z "Thorgalem"?

Oczywiście w „Relaksie”, którego byłem zapalonym zbieraczem i czytelnikiem... no i w pewnym sensie w nim debiutowałem (listem do redakcji z mikroskopijnymi reprodukcjami moich młodzieńczych komiksów). Kiedy zobaczyłem pierwszy odcinek „Thorgala”, to było dla mnie jak uderzenie pioruna - wreszcie, po tylu latach czekania, pierwszy PRAWDZIWY komiks, nie skrępowany ideologią, z emocjami, akcją... no i jak opowiedziany i narysowany! Zakochałem się na zabój. Zresztą zawsze byłem szczególnie pozytywnie wyczulony na komiksy, rysowane przez Grzegorza Rosińskiego – to taka moja komiksowa pierwsza miłość, która chyba bardzo silnie wpłynęła na moje własne próby komiksowe. A potem, kiedy ukazał się ten mój słynny list, byłem strasznie dumny, że został opublikowany na sąsiedniej stronie OBOK planszy „Thorgala”. Ale niezależnie od tych okoliczności ta seria po prostu niesamowicie mi odpowiadała.

Co takiego sprawiło, że "Thorgal" tak bardzo Pana zainteresował?

Mogę wyliczyć jednym tchem: konwencja gatunkowa (fantasy z mnóstwem różnych, bardzo zgrabnie wprowadzonych domieszek), bohaterowie, wartka i świetnie wymyślona i poprowadzona akcja, no i ten rysunek! Dopóki na studiach nie zanurzyłem się po uszy w dorobku mistrzów komiksu światowego, Thorgal nie miał u mnie zbyt wielu konkurentów. Był już Asterix, Tintin, pojawił się Hugo Pratt i William Vance (z historycznym serialem „Ramiro”), ale to jeszcze nie był ten ogromny komiksowy świat. Więc siłą rzeczy te pierwsze komiksy tak silnie na mnie oddziaływały.

Jak to się stało, że został Pan tłumaczem serii?

To rzeczywiście długa i skomplikowana opowieść. Po pierwsze, przypadek sprawił, że w ogóle zostałem tłumaczem komiksów, bo przecież nie miałem ani przygotowania językowego, ani wykształcenia, ani praktyki... No, jeśli nie liczyć samodzielnego przetłumaczenia w podstawówce pierwszego tomu „Asteriksa” przy pomocy małego słownika francusko-polskiego. Ale to przez komiksy zakochałem się w języku francuskim, spróbowałem się go nauczyć na tyle, na ile było to możliwe dla chłopaka z Rzeszowa w latach 70., a potem – w latach 80., szlifowałem go czytając nałogowo frankofońskie komiksy.

Personalną odpowiedzialność za wepchnięcie mnie w zajęcie tłumacza komiksów ponosi Jacek Rodek – redaktor naczelny „Komiksu-Fantastyki”, a potem inicjator i szef efemerycznego wydawnictwa „Korona”. To Jacek, pokazując mi kiedyś maszynopis tłumaczenia pierwszego tomu „Poszukiwania Ptaka Czasu” Loisela i Le Tendre’a, po tym, jak od razu wypatrzyłem w nim błąd rzeczowy, dał mi go do korekty, a potem już kolejne do samodzielnego tłumaczenia. I tak się zaczęło. Ale to był dopiero pierwszy krok na drodze do tłumaczenia „Thorgala”. Kolejnym był pomysł Jacka na wydawanie supermagazynu komiksowego „CDN”, w którym miały się ukazywać świetne komiksy z Francji i Belgii. W pierwszym numerze pojawił się np. komiks Enki Bilala „Targowisko nieśmiertelnych”(chyba jeszcze nie z moim tłumaczeniem i mój tekst o Moebiusie. Do drugiego numeru Jacek zaproponował mi rozpoczęcie tłumaczenia westernowego albumu z serii „Blueberry” – również jednej z moich szczególnie ulubionych. Ów drugi numer – jakby los przekornie zadrwił sobie z tytułu magazynu – nigdy się nie ukazał, i tłumaczenie poszło na marne... no, tak się przynajmniej wydawało (po latach weszło ono do pierwszego z wydanych przez „Egmont” zbiorów tej serii). Na otarcie łez Jacek dał mi do przetłumaczenia kolejnego „Thorgala” – to był album „Słoneczny miecz”... który również, z powodu rynkowo-dystrybucyjnych zawirowań wczesnego polskiego kapitalizmu, nie ujrzał światła dziennego. Jakież było moje zdziwienie, kiedy jakiś czas później znalazła mnie w Łodzi podczas kolejnego konwentu komiksowego ówczesna szefowa redakcji „Egmontu” (po latach nie pamiętam już ani nazwiska, ani dokładnej funkcji, a szkoda) i zapytała, czy zgodzę się na wykorzystanie mojego tłumaczenia do publikacji „Słonecznego miecza” przez „Egmont”... i czy chciałbym tłumaczyć kolejne tomy. Potem, po ukazaniu się dwóch tomów, znowu była zapaść dystrybucyjna i spora przerwa, ale wówczas już nie odpuściłem i na własną rękę tłumaczyłem kolejne tomy, czytając je później na seansach „komiksu z lektorem” w Rzeszowie, potem w Krakowie, Łodzi itd. Więc kiedy za wydawanie komiksów w „Egmoncie” zabrał się Tomek Kołodziejczak, miałem już gotowy materiał... ale i tyle szczęścia, że Bartek Chaciński, który bodaj wtedy był redaktorem, dał radę się ze mną skontaktować (pamiętajcie, że ciągle mieszkałem w Rzeszowie, a komórek i Internetu to chyba jeszcze nie było...) i wznowić współpracę. Podsumowując moją przygodę z „Thorgalem” – naprawdę musiał nad całym tym zamieszaniem czuwać jakiś Anioł Stróż Do Zadań Specjalnych, bo – z mojego punktu widzenia – wszystko to jakoś tak samo się ułożyło.

Kiedy Egmont zaczął wznawiać "Thorgala", zajął się Pan tłumaczeniem albumów, które przez niejednego miłośnika serii były znane niemal na pamięć. Wiązało się to zatem z pewnymi zmianami, jakie należało wprowadzić wobec starego tłumaczenia, chociażby dlatego, że w komiksach z Orbity wiele dialogów zostało źle przetłumaczonych, tudzież w ogóle okrojona. Jak podszedł Pan do tak - nie ukrywam - trudnego zadania?

W kwestii wznowień wcześniej publikowanych albumów przyjąłem sobie od początku jedno założenie: podstawą mojego tłumaczenia będzie wyłącznie tekst oryginału francuskiego. Żadnego grzebania w poprzednich wydaniach, żeby sprawdzać, jak to tam wyglądało, i starań, żeby na siłę było inaczej. Liczyło się dla mnie to, jak do mnie przemawia tekst francuski – i jak ja jestem w stanie przełożyć go na język polski. Kolejni redaktorzy w wydawnictwie też musieli się przy tym nieźle napracować, nieraz prostując moje pomysły. Zwłaszcza, że dopiero z czasem nauczyłem się prostej prawdy, że wcale nie muszę wiernie tłumaczyć francuskich wielokrotnie złożonych zdań, w których meandrach polski czytelnik gubi się z kretesem. Jako samouk sam musiałem szlifować swój warsztat, co zresztą chyba do dziś się nie zakończyło.

Oczywiście czasami potem sobie zaglądałem do wcześniejszych tłumaczeń, żeby to i owo sobie porównać, ale generalnie darowałem sobie żmudnie sprawdzanie, jak to jest u mnie, a jak było wcześniej.

No i trzeba pamiętać o dwóch czynnikach modyfikujących moje translatorskie wysiłki: wspomnianej już konieczności dostosowania się do pewnych ustalonych elementów tłumaczeń (jak w przypadku wspomnianej „Kriss de Valnor”) i redaktorskich ingerencji, które – owszem, często miały na celu uczynienie tekstu bardziej klarownym i zrozumiałym, ale czasami coś przy okazji gubiły. Tak było np. w albumie „Kraina Qa”, gdzie w kadrze, gdy Tjall spada z dachu chaty z przeciągłym onomatopeiczym OOOOO, podobnie jak w oryginale wpisałem ten okrzyk w tok słowa (dokończonego w kolejnym kadrze, już na ziemi) – w oryginale było to JE VOOOOLE (czyli LEEEECĘ), u mnie było to GOOOOONIĘ (jako dopełnienie nieco przesadnie emfatycznego: PĘDZĘ, LECĘ, GONIĘ!). Redaktor zmienił to na coś takiego: I OOOOO NIE. Ale w edycji twardookładkowej wróciliśmy do mojego pomysłu.

Pozostając przy porównaniach między tłumaczeniami, na przykład "Boginię bez imienia" zastąpił Pan "Bezimienną boginią". W moim odczuciu to pierwsze sformułowanie brzmi lepiej, bardziej tajemniczo, dostojnie. Tego typu zmiana nazwy własnej rzuca się w oczy. Podobnie było przy "Życzliwych", którzy stali się "Dobroczyńcami", co niejako można zrozumieć, ponieważ pierwsze określenie w naszej kulturze niekoniecznie dobrze się kojarzy. Ale na przykład "krasnale" stały się "krasnoludami", inną rasą. Można prosić o komentarz do takiego "fanowskiego czepialstwa"?

Dla mnie różnica między obiema wersjami to kwestia różnicy możliwości zawartych w obu systemach językowych: w języku polskim mamy po prostu słowo, doskonale oddające brak imienia: formuła „Bezimienny” wydaje się w naturalny sposób pasować do tej konstrukcji. Gdyby takiego słowa nie było, albo tworzyłoby ono konstrukcję rażącą sztucznością, zachowałbym konstrukcję oryginalną, tak jak choćby Sardaz Bez Skóry w „Klatce” (choć to imię nadal nieznośnie mnie uwiera; ten wariant jednak zwyciężył w konfrontacji z Sardazem Oskórowanym czy Sardazem Bezskórym – ten ostatni po prostu nieciekawie brzmi w mianowniku). Co do „Życzliwych”, to powód był dokładnie taki, jaki zasugerowałeś – trochę nam się to kojarzy... Zaś co do „krasnali” – tu z perspektywy czasu jestem gotów przyznać ci rację – krasnoludy są za bardzo tolkienowskie i dziś naprawdę nie wiem, dlaczego przyjąłem taki wariant. Mea Culpa! Choć na pewno musieliśmy na ten temat dyskutować (tylko że już nie pamiętam argumentów)…

Swoją drogą próbowałem też w jednym miejscu podmienić zbyt – moim zdaniem – zwyczajną nazwę i wymienić ją na bardziej emfatyczną, dostojną, nieco mistyczną. Chodzi mi o tytuł albumu „Gwiezdne dziecko”. Od początku trochę mi on nie leżał. Zaproponowałem takie nieco bardziej metaforyczne (bo to przecież naprawdę metafora) „Dziecię gwiazd” – „dziecię” bardziej dlatego, że „Dziecko gwiazd” jednak kiepsko po polsku brzmi, niż z powodu tej poetyckości. No i nie przeszło... pewnie właśnie przez to „Dziecię”. Może to i dobrze.

W ogóle kwestia nazw własnych w „Thorgalu” to dla mniej największy i stały problem. No, choćby Louve... Co myśmy się namęczyli, żeby znaleźć coś, co brzmiałoby po ludzku! A może Wadera? Ale co to za imię dla dziewczynki?! I jakoś za nic nie mogliśmy się zdobyć na nazwanie jej Wilczycą. To po prostu nie brzmi dobrze po polsku. A żadna „Wilczusia” czy tym podobne nie mogła nam przejść przez gardło. No i zostało, cholera...

No i ten zwyczaj niezgodnego z polskimi nawykami wymyślania imion egzotycznych, który sprawia, że co chwila mam ochotę zacząć wymyślać własne, kompletnie inne. Te wszystkie „Votiaki” i „Piery” w epizodach... kompletnie mi nie leżą. No, ale trudno, to też jakiś element „urody” tego komiksu.

Jak wygląda Pana warsztat pracy nad tłumaczeniem?

Mój warsztat ukształtował się w toku wieloletniej praktyki (zaczynałem na początku lat 90., to już ponad 20 lat...). Teraz wygląda to tak: mam taki plik tekstowy w komputerze, który nazywa się „00-makieta do tłumaczeń” – taką wstępną, pustą makietę tłumaczenia. Jest ono podzielone na plansze – standardowo od 1 do 46 (nawet dla większej czytelności oddzielam je liniami); na każdej planszy mam gotowe numerki od 1 do 10, które będą odpowiadać kolejnym dymkom. Początkowo stosowaliśmy numerację bezwzględną – od 1 do nieskończoności, ale z powodu zdarzających się często pomyłek w numerowaniu dymków już na planszach komiksowych przeszedłem na bardziej bezpieczną numerację od nowa dla każdej planszy. Oczywiście kiedy mam dłuższy komiks, mnożę sobie ilość stron (kopiując makietę jednej z nich) albo w razie potrzeby zwiększam ilość dymków na stronie do 20. Taką makietę sobie kopiuję, zmieniam nazwę i zaczynam ją dostosowywać do konkretnego komiksu.

To dostosowanie wygląda tak: przygotowuję sobie kserówki wszystkich plansz komiksu (albo dostaję je od wydawcy). To z nimi pracuję nad tłumaczeniem, a potem nanoszę na nie numery dymków odpowiadające tym z pliku tekstowego. Przy pierwszych tłumaczonych przeze mnie komiksach, kiedy ksero nie było jeszcze tak łatwo dostępnym i tanim urządzeniem, numerki nanosiłem ołówkiem na strony albumu komiksowego. Od jakiegoś czasu posługuję się zamiast kserówek skanami (jeśli nimi dysponuję) – to bardzo ułatwia pracę, bo odpada wkurzające wachlowanie papierami i łatwiej robić tłumaczenie np. w pociągu (to dla mnie świetna okazja do nadgonienia roboty bez marnowania czasu... żebyż tylko wszędzie w wagonach były gniazdka do prądu, to w ogóle nie martwiłbym się narastającym chaosem na kolei...). Czasami, w wyjątkowych przypadkach, jeśli nie mam jeszcze plansz komiksu, posługuję się jego oryginalnym scenariuszem (to głównie w przypadku serii „Thorgalowych”)... No dobra, mam „surową” makietę tłumaczenia i plansze komiksu. Teraz dostosowuję makietę do tłumaczonego właśnie komiksu, dopasowując numerki w pliku do kolejnych dymków komiksu (czyli wykasowując zbędne numerki lub dodając kolejne, jeśli jest ich na planszy szczególnie dużo); zaznaczam sobie dla wygody bloki dymków, znajdujących się na poszczególnych kadrach, oddzielając je pustymi wersami. Dzięki temu wizualnie mam orientację, w którym miejscu planszy znajduję się podczas tłumaczenia. Dodatkowo w trakcie tej czysto mechanicznej pracy wypełniam sobie częste w komiksach mniejsze dymki (typu: TAK!, DZIEŃ DOBRY!, CO SŁYCHAĆ? itp.), onomatopeje, wykrzykniki i pytajniki... Czasem od razu tłumaczą całą planszę, jeśli ma niewiele w miarę krótkich dymków o klarownej, nieskomplikowanej treści. To tworzy dla mnie w tekście tłumaczenia punkty orientacyjne i miejsca oddechu podczas dalszej pracy.

Ułożenie takiej makiety całego albumu idzie szybko, ale i tak zajmuje trochę czasu i jest nużące. Jeśli nie gonią mnie terminy, odkładam komiks, a kiedy zabieram się do niego znowu, ze świeżymi siłami, mam już materiał z cząstkowym tłumaczeniem. Teraz już tłumaczę po kolei kolejne strony. Tu już zazwyczaj mam pod ręką (tj. na pulpicie komputera) komputerowy słownik francusko-polski (bardzo wygodny, choć czasami niewystarczający), a jeśli jestem w domu – to także papierowy dwutomowy Wielki Słownik Francusko-Polski (kupiłem go sobie w początku lat 80. i do dziś stanowi dla mnie nieocenioną pomoc); czasami też sięgam do słownika idiomatycznego, choć sporo idiomów można znaleźć w Wielkim Słowniku. Wszystko to oczywiście na wypadek, gdybym trafił na sformułowanie, które nie do końca rozumiem, nie jestem pewien znaczenia lub po prostu chcę sprawdzić, czy dobrze je pamiętam. Oczywiście zdarzają się sytuacje, kiedy żaden słownik nie załatwia sprawy: wtedy zaczyna się szukanie w Internecie, tropienie nieuchwytnych znaczeń itp., aż po konsultacje z ludźmi, którzy znają język lub realia, których potrzebuję, lepiej ode mnie.

Trafiają się komiksy, kiedy do tłumaczenia muszę obłożyć się różnymi innymi tekstami; w „Thorgalu” jest to najczęściej mitologia skandynawska lub – od czasu do czasu - książki o Wikingach. Czasem trzeba znaleźć polski odpowiednik francuskiego źródła cytatu, czasami trzeba zabrać się za tłumaczenie fragmentu tekstu z innego języka (jeśli umieszczone w komiksie tłumaczenie francuskie niezbyt odpowiada innojęzycznemu oryginałowi). W przypadku tłumaczonego nie tak dawno albumu Bilala, wykorzystującego fragmenty „Romea i Julii” Szekspira musiałem mieć pod ręką trzy teksty: angielski oryginał (no dobra, tę uwspółcześnioną wersję) Szekspira, konkretne tłumaczenie francuskie, z którego korzystał Bilal, no polski przekład – też musiałem wybrać jeden z wielu. A potem było nieustanne bieganie od jednego do drugiego... Jednym słowem, okropna dłubanina...

Zazwyczaj jednak po prostu posuwam się do przodu dymek po dymku, kadr po kadrze, plansza po planszy... dopóki nie zaczynam się męczyć. Wtedy często przeskakuję bardziej przegadane partie i tłumaczę te z mniejszą ilością tekstu, czasem kilka plansz z końca... I odpuszczam. Następne podejście, ze świeżymi siłami, zaczynam więc od tych długich dymków i pełnych dialogów scen. Jak się dobrze zorganizuję, tłumaczenie 46-planszowego komiksu potrafię zrobić w wersji „surowej” w 3-4 posiedzeniach. Czasami fragmenty, bardziej wymagające szperania, sprawdzania w źródłach i pomocach odkładam na kolejne podejście; w pewnych sytuacjach sprawdzanie jakiegoś szczegółu czy faktu potrafi zając cały wieczór czy nawet parę dni, jeśli trzeba przekopać się przez jakieś większe ilości tekstów. Tak czy owak, w końcu komiks jest przetłumaczony, i... odkładam go na chwilę, jeśli mogę.

A potem jest najbardziej żmudna i odpowiedzialna część – redakcja i korekta: możliwie najbardziej uważnie, po kolei, czytam cały komiks w tłumaczeniu, porównując tekst z oryginałem. Wtedy robię poprawki redakcyjne, nadając tekstowi bardziej „polski” kształt, sprawdzając, czy czegoś nie przegapiłem lub nie pokręciłem; jeśli komiks należy do serii, sprawdzam z wcześniejszymi epizodami spójność nazw, imion, cytatów i nawiązań itp. To chyba najbardziej męczące zajęcie, głównie dlatego, że czasami człowiek utyka na jakimś prostym sformułowaniu, żmudnie szukając dla niego optymalnej postaci tekstowej. Nie zawsze udaje mi się osiągnąć dokładnie taki skutek, jaki bym chciał. Na szczęście są jeszcze redaktorzy, którzy po tym, jak już dostaną ode mnie tekst tłumaczenia, robią ponownie to samo. Ponieważ oni nie mają w pamięci tekstu pierwowzoru, łatwiej im wychwycić miejsca niejasne, wymagające poprawki. Bardziej radykalne zmiany konsultujemy, by wybrać najlepsze rozwiązanie (choć bywały w mojej „karierze” i okresy, kiedy poprawki redaktorskie wprowadzano już bez mojego udziału). Czasem trzeba pewne decyzje podjąć wspólnie, zwłaszcza gdy chodzi o brzmienie imion, tytułów czy nazw. Czasami też redaktorzy wyłapują różne moje buraki translatorskie (a zdarzają mi się, i owszem, i to czasami bardzo głupie i oczywiste, kiedy mój umysł ogarnia jakaś „pomroczność jasna”) i robię jakiś kardynalny błąd lub nie wyłapuję jakiegoś niuansu, na który należałoby zwrócić uwagę. Najbardziej nie lubię sytuacji, kiedy po jakimś czasie mnie samemu w przebłysku olśnienia pojawia się oczywiste rozwiązanie czegoś, co pierwotnie przegapiłem lub czego nie potrafiłem zadowalająco rozwiązać.

Aha, na tym końcowym etapie wpisuję numerki dymków na kserówkach, żeby składacze wiedzieli, gdzie co włożyć. Przy tej okazji też raz jeszcze sprawdzam, czy czegoś nie pomyliłem czy zgubiłem. Potem to wszystko hop! Do koperty i na pocztę, często razem z umową

No i tak to z grubsza wygląda. Przepraszam, że tak drobiazgowo i nużąco to opisałem. Może powinienem zacząć od ostrzeżenia, że ta część tekstu może zainteresować najwyżej tych, którzy sami próbują tłumaczyć, żeby mogli sobie porównać swoje metody pracy z moimi. Tak czy owak, opisana tu metoda wydaje mi się naprawdę efektywna i pozwala mi w miarę szybko i sprawnie tłumaczyć komiksy.

I jeszcze ps.: nie stosuję jednej z technik, pomocnych przy ostatecznej redakcji tekstu, jaką jest głośne czytanie sobie (czy innym) tekstu po to, aby posłuchać, czy brzmi on odpowiednio. No, czasami zdarza mi się czytać taki tekst na spotkaniu Rzeszowskiej Akademii Komiksu (kiedy puszczamy sobie „komiks z lektorem”), ale wtedy zazwyczaj raczej wyłapuję pomyłki i niekonsekwencje, a nie zastanawiam się nad brzmieniem tekstu. Za to raczej podczas finałowej redakcji w pewnym sensie wyobrażam sobie poszczególne kadry i sceny w komiksie, jak będą odbierane i jak będzie w tym „leżał” przetłumaczony przeze mnie tekst. Prawdę mówiąc, komiks nie jest, moim zdaniem, tekstem przeznaczonym do głośnego czytania i zazwyczaj takie „udźwiękowione” komiksy po prostu mnie drażnią.

Czy dostaje Pan do tłumaczenia komiksy, które de facto nie są jeszcze narysowane do końca?

To akurat regularnie zdarza mi się przy nowych albumach serii „Thorgal” i „Światy Thorgala”, które Polska wydaje jednocześnie z wydaniem oryginalnym. Często pracuję wówczas w oparciu o scenariusz, czasami jeszcze podlegający korektom, co daje mi unikalną okazję obserwowania kierunków zmian i modyfikacji niektórych wątków czy tekstów. Niestety nie czuję się upoważniony do publicznego zdradzania takich tajemnic warsztatu, więc wybaczcie, że nie znajdą się tu frapujące przykłady tych procedur (a było ich parę ).

Oczywiście zawsze muszę – nawet w ostatniej chwili – móc sprawdzić zgodność takiego tłumaczenia z ostateczną wersją komiksu oryginalnego.

Czy zdarza się, że kombinuje Pan, jak tu zmieścić tekst w dymek?

Nie tak często, jak się wszystkim pewnie wydaje. Na pewno nie przymierzam każdego tekstu do odpowiadającego mu dymka. Tym zajmuje się redakcja we współpracy z ludźmi od DTP w wydawnictwie. Oczywiście gdyby to na mnie spadło zadanie wklejania polskich dymków w komiks, musiałbym i nad tym popracować. A te wypadki, kiedy muszę to uwzględniać, to szczególnie małe dymki, najczęściej zawierające jedno słowo lub krótkie wyrażenie, którego polski odpowiednik za diabła nie zmieści się w przydzielonym mu miejscu. Wtedy staram się dobrać jakiś ekwiwalent odpowiednich rozmiarów.

Zdarzyła się Panu kiedyś jakaś śmieszna sytuacja w trakcie tłumaczenia?

Śmieszna to raczej nie... Żenująca, owszem. Czasem jej negatywnym bohaterem jestem ja (kiedy przegapię coś szczególnie rażącego), ale nie mam zamiaru się do takich sytuacji przyznawać, bo mi wstyd. Czasem za to udaje mi się przyłapać na wpadce czy niedoróbce twórców komiksu czy tłumacza wersji francuskiej, jak mi się zdarzyło np. w przypadku komiksu Juana Gimeneza „Czwarta siła”, gdzie we francuskim przekładzie znalazło się słowo „patetyczny”, które w hiszpańskim oryginale brzmiało bodajże „patetico”, co znaczy „żałosny” (sprawdziłem, żeby się upewnić, że dobrze się domyślam). Ale generalnie tłumaczenie komiksów to nie jest zajęcie, przy którym mogłoby się zdarzyć cokolwiek zabawnego.

A, jest jeden drobiazg, o którym przy tej okazji mogę wspomnieć. Mam na myśli wielokropki. Używam ich w tekstach moich komiksów nagminnie i wiem, że są ludzie, których to okropnie drażni... No bo w literaturze polskiej wielokropków używa się raczej oszczędnie. Więc i niektórzy korektorzy w wydawnictwach wykreślają z tłumaczonych przez mnie tekstów te niepotrzebne naddatki.

Tylko że ja w tłumaczeniach świadomie zachowuję tę interpunkcyjną nadekspresję pierwowzorów, tak samo jak z premedytacją stosuję ją we własnych komiksach. Bo dla mnie jest ona jedną z cech specyficznych komiksowego użycia tekstów słownych, graficznym znakiem ich żywego, dialogowego charakteru, konwencją, którą wypracował klasyczny komiks frankofoński w pewnej swej odmianie (tu polecam zwłaszcza „Blueberry’ego” do scenariuszy Charliera). W niektórych komiksach tej szkoły niemal każde zdanie dialogów kończy się wielokropkiem, pytajnikiem, wykrzyknikiem lub kombinacją powyższych. Ich usunięcie czyni z tekstu literacko gładką wypowiedź... ale czy tak to właśnie ma w komiksie wyglądać? I nie chodzi mi o to, że taki tekst jakoś inaczej się artykułuje przy głośnej lekturze. Powtarzam: komiks dla mnie jest z natury tekstem do czytania „sobie”, oczami, a nie na głos na użytek innych, zaś wszystkie te zbitki znaków interpunkcyjnych są graficznymi, a nie wokalnymi sygnałami ekspresji. Podobnie zresztą jak onomatopeje, które czasami po prostu nie dają się sensownie wyartykułować, ale za to jak wyglądają!

Czy jako tłumacz uważa Pan, że van Hamme używał w "Thorgalu" specyficznego języka? 

Dla mnie język „Thorgala” jest przede wszystkim komunikatywny, klarowny i pozbawiony jakichkolwiek ozdób. Znam sporo tekstów o wiele bardziej wyrazistych stylistycznie, specyficznych, trudnych w tłumaczeniu, nad którymi przyszło mi pracować. Van Hamme nigdy nie wahał się stosować np. formuł typu „nie ma minuty do stracenia!”, czy „kilka godzin później”, co Artur Szrejter skrupulatnie poprawiał mi na „chwile”. Ale też van Hamme nie próbuje nadmiernie uwspółcześniać języka; jest on, można powiedzieć, obojętny stylistycznie. No, może jest trochę za bardzo – jak dla nas – skomplikowany składniowo, co ma raczej związek ze specyfiką języka francuskiego niż wynika ze specyficzności stylu autora „Thorgala”. Trudno mi sobie przypomnieć sytuacje, kiedy musiałbym oddawać jakieś gry słów czy finezyjne koncepty językowe. Ten komiks zawsze opierał się bardziej na akcji i fabule, niż na gadulstwie dialogów.

Czy Yves Sente posługuje się innym językiem, czy faktycznie próbuje naśladować van Hamme'a? 

Nie sądzę, aby chodziło tu o naśladowanie van Hamme’a. Utrzymanie się w pewnej stosowanej w serialu konwencji stylistycznej jest koniecznym warunkiem jego kontynuacji. Mając możliwość wglądu w scenariusze Yves’a Sente’a widzę, jak stopniowo redukowane są rozmiary dialogów i upraszczana jest ich składnia – także przez niego samego. Chociaż moim zdaniem ciągle jeszcze zdarza mu się niepotrzebnie opowiadać w dialogach rzeczy, które mają zapewnić zrozumiałość historii przez czytelników o baaaardzo małym rozumku. A może właśnie takie warunki powinny te dialogi spełniać?...

Podoba się Panu to, jak Sente prowadzi serię?

Kontynuacja takiej serii to nie lada wyzwanie i wygląda na to, że wydawcy nie udało się znaleźć alternatywy dla propozycji Yves’a. Widać, że Yves ma w głowie bardzo rozbudowany i długofalowy plan kolejnych posunięć, co widać nie tylko po rozmiarach opowiadanej właśnie historii poszukiwań Aniela i realizowania przez Jolana jego „nadzwyczajnego przeznaczenia”, ale i po ścisłym wiązaniu kolejnych spin-offów z główną serią. Czy taki kierunek mi się podoba? Jestem tu mocno nieobiektywny, więc postaram się wyważyć opinie. Z jednej strony Yves zgrabnie rozwinął i pozaplatał wątki, które dostał w spadku po van Hamme’ie (zwłaszcza rodowód Kriss i Aniela i dalsze losy Jolana) i naprawdę napracował się, aby stworzyć opowieść o wyrazistym ukierunkowaniu i odpowiednim potencjale fabularnym. Z drugiej... przyznam, że byłem zaskoczony tym, w jakim stopniu Yves wplątał w swoją intrygę Asgard i jego mieszkańców. Do tej pory pojawiali się oni sporadycznie, ingerując w losy bohaterów w ważnych momentach historii. Teraz dostaliśmy w komiksie uderzeniową dawkę bogów i ich sprawek. Dla mnie jest to takie trochę amerykańskie podejście do serii komiksowych: kiedy pojawia się w nich nowy scenarzysta, musi zaistnieć jakimś mocnym uderzeniem: zabije jakiegoś bohatera albo przywoła jakiegoś potężnego złoczyńcę... Tu mamy konflikt z udziałem bogów, a w perspektywie „superquest”, mający ocalić świat Wikingów. Jednym słowem: same atuty. Tylko zastanawiam się, co czeka świat Thorgala, kiedy misja Jolana dobiegnie końca. To już z pewnością nie będzie ten sam świat. Jak się w nim znajdą bohaterowie? Zobaczymy.

Mam trochę zastrzeżeń do różnych rozwiązań fabularnych: a to, że historia Jolana i jego „supergrupy” zbyt przypomina zręcznościową grę komputerową. A to, że „ożywienie” Kriss od razu można uznać za nieodwołalne i wszyscy wiemy, że cały sąd Walkirii to pic na wodę. Znalazłoby się jeszcze kilka konkretów, ale nie chcę ich tu wymieniać, bo wyjdę na czepialskiego zazdrośnika. W ogóle to bardzo łatwo tak sobie krytykować. Ale jest na to prosta odpowiedź: spróbuj sam zrobić to lepiej! Dopiero wtedy widać, jakie to trudne...

A jak tłumaczyło się Panu Yanna? To nowy scenarzysta, dopiero wchodzący w świat Thorgala. 

Yann jest świetnym scenarzystą i znam oraz lubię kilka jego innych komiksów. Tutaj, tak jak Sente, trzyma się thorgalowskiej konwencji i chyba dobrze sobie radzi. Ja nie miałem z tłumaczeniem tego komiksu żadnych problemów. Co do fabuły, też chyba wyszła jak należy. Ciekaw jestem ciągu dalszego wymyślonej przez niego historii. Zła Louve? To może być ciekawe...

Jest natomiast Yann twórcą pierwszego poważnego wyłomu w przyjętej w „Thorgalu” konwencji. Jako pierwszy (jeśli się nie mylę) pozwolił sobie na wyraźne mrugnięcie okiem do czytelnika, wprowadzając wzmiankę o kowalu Lanfeustsonie. Przed nim nigdy się takie zabawy w „Thorgalu” nie zdarzały. Nawet van Hamme, który w „XIII” wraz z Vance’em nieustannie bawił się w rozsiewanie wizualnych aluzji do swojej postaci i nazwiska, tu utrzymywał pod tym względem pełną czystość... Trochę się boję, co będzie dalej...

Czy w ogóle rozwijanie "Światów Thorgala" to dobry pomysł?

Moim zdaniem tak, bo tkwi w tym ogromny potencjał fabularny, no i jest to nie lada wyzwanie dla scenarzystów. Oczywiście można to zrobić dobrze lub kiepsko, ale jeśli wszystko dobrze pójdzie, parę postaci może dorobić się wcale sporej własnej niezależnej biografii.

Kiedyś i Pan stworzył taką jednoplanszówkę, w której padła sugestia, jak Kriss udało się wydostać z pustyni, na którą trafiła w albumie "Między ziemią a światłem". Miał Pan więcej takich pomysłów?

Jednoplanszówka „Kriss” była dla mnie okazją do wskazania potężnego potencjału, jakim był fakt związku (także fizycznego) Thorgala i Kriss. Dla mnie było od początku oczywiste, że z tego związku musi urodzić się dziecko, które w mojej wyobraźni mogłoby stać się dla Thorgala takim Mordredem – synem i przeciwnikiem zarazem. Cała reszta to już była po prostu zabawa, a Wędrowca z przyszłości dodałem, bo wprowadzenie tego urządzenia do świata Thorgala mocno mnie wówczas frustrowało. Z nim można już naprawdę zmieniać, co się komu żywnie podoba, jeśli tylko scenarzyści się na to uprą...

A co do dziecka Thorgala i Kriss – potem pojawił się Aniel i jego historia. Chyba nie do końca była to realizacja mojej hipotezy i raczej zapewne nie możemy liczyć na poprowadzenie historii w tym kierunku. Choć kto wie, trochę jeszcze przed nami.

Co do innych tego typu pomysłów, to – choć w komiksach serii sporo jest miejsc, które warto by wyjaśnić – do momentu uruchomienia fali spin-offów raczej nie próbowałem się na poważnie zastanawiać nad takimi sprawami, jak np. dzieje Shaigana Bezlitosnego, młodość Arguna Drewnianej Nogi, różne luki w biografii Kriss, dalsze dzieje nadliczbowego Jolana itd. A teraz to zabrali się za to inni, i te puste miejsca jedno po drugim znikają.

Czy byłby Pan skłonny napisać scenariusz do któregoś ze spin-offów "Thorgala"?

Prawdę mówiąc już ze trzy lata łażę z pomysłem, nawet powoli w nim dłubię, ale ponieważ nie wisi nade mną żaden dedlajn, nie mam motywacji, żeby usiąść i napisać to do końca. Główny problem leży w tym, że trzeba napisać pilota, który kompletnie odstaje od realiów „Thorgala”, a ja ciągle jeszcze nie mam dopracowanych kilku elementów układanki... która musi być bardzo precyzyjnie zaprojektowana. Nie chcę się przedwcześnie publicznie zwierzać z pomysłu (choć już kilku osobom go opowiedziałem, taka ze mnie papla); jeśli jakimś cudem uda mi się napisać go do końca, a potem mi go odrzucą (co jest wielce prawdopodobne), chętnie wrzucę go w Internet, o ile nie będzie to jakoś strasznie naruszało praw autorskich.

Mogę tylko powiedzieć, że pomysł jest bardzo konkretny i gdyby przeszedł, spokojnie mnożna z niego wyprowadzić kompletnie niezależną serię komiksów.

Niedawno Egmont wydał pierwszą część nowelizacji "Thorgala". Dlaczego to nie Pan zajął się tłumaczeniem tej książki?

Bo mi jej nie dali, po prostu. Gdybym dostał, na pewno bym przetłumaczył.

Czytał ją Pan? Jakie jest Pana zadanie na temat pomysłów Amelie Sarn?

Ponieważ jest to przede wszystkim literacki wariant opowieści znanych z komiksu, nie miałem dość silnego bodźca, aby zabrać się za czytanie. Książkę kupiłem, a teraz leży i czeka na swoją porę do lektury. Może trochę się boję, że się rozczaruję... Ale na pewno w końcu przeczytam.

Podziela Pan opinie wielu fanów, że "Thorgal" powinien skończyć się na albumie... "Wilczyca"? A może ostatnia powinna być... "Klatka"?

A co to, „Strażniczka Kluczy” Wam się nie podoba?... to znaczy zdaję sobie sprawę, że to od jej zakończenia i kretyńskiej decyzji Thorgala („kocham cię, Aaricio, i właśnie dlatego muszę was opuścić”) zaczęły się dziać w serii dziwne rzeczy. Ten efekt – czasowe odseparowanie Thorgala od rodziny – można było równie dobrze osiągnąć, po prostu wysyłając go w jakiś ważny quest, więc to jeszcze nie był dramat. Potem jednak mieliśmy utratę imienia i pamięci, lata Shaigana, zamieszanie z wygnaniem Aaricii (to akurat był wcale ciekawy pomysł) interwencję gości z przyszłości (tu już van Hamme trochę, moim zdaniem, zaryzykował), wreszcie – po ponownym połączeniu rodziny, całą tę podróż na południe... Były w tym pomysły bardzo fajne i bardzo ryzykowne. Nigdy jednak nie uznałbym, że serię należy kończyć. Zawsze chciałem zobaczyć dorosłego Jolana (jak sobie poradzi z supermocą transformacji materii?), Louve jako śliczną i charakterną nastolatkę, Thorgala jako starzejącego się faceta... Cały problem oczywiście tkwi w fajnych pomysłach na kolejne fabuły, a z tym naprawdę nie jest łatwo. Jednym słowem; rozumiem tego rodzaju rozważania (i ukrytą pod nimi krytykę ewolucji serii), ale sam z pewnością bym na żadnym z wspomnianych albumów jej nie kończył. Po prostu, gdyby to jakimś cudem ode mnie zależało, inaczej bym ją poprowadził. Wcale nie jest powiedziane, że lepiej. Inaczej.

Który z albumów jest Pana ulubionym i dlaczego?

Na pewno „Łucznicy” – to po prostu klasyk i pojawia się w nim Kriss; poza tym cała seria „indiańska” – to taki piękny, pełen rozmachu quest... No i „Władca gór” – za fikuśną konstrukcję... No i „Wilczyca” – taka mocna opowieść o zemście... No i „Alinoe” – świetny kameralny horror... No i „Strażniczka kluczy” (oczywiście z wyjątkiem zakończenia) – też fajny pomysł wyjściowy na ponowne wykorzystanie znanych już postaci. No i parę nowelek z „Gwiezdnego dziecka” i „Aaricii” (swoją drogą szkoda, że nie ma już pretekstu do pisania takich krótkich form).

Jak widać, okres między „Alinoe” a „Strażniczką” jest dla mnie „złotym okresem” serii. Chyba nie tylko dla mnie...

środa, 14 grudnia 2011

Fanart nr 19: Łukasz Ryłko

Rysunek widoczny po lewo narysował Łukasz Ryłko. Łukasz jest przede wszystkim ilustratorem, a w jego komiksowym dorobku, oprócz krótkich form, znajduje się album "Śmiercionośni". Twórczość Łukasza można śledzić na jego autorskim blogu: http://rylko.blogspot.com. O serii Jeana van Hamme'a i Grzegorza Rosińskiego wypowiada się dość przewrotnie, co sugeruje już wykonany fanart:

"Z pośród wszystkich "Thorgali" najbardziej lubię "Szninkla", który jest moim ulubionym komiksem pod względem treści jak i rysunku. Chciałbym żeby pan Rosiński narysował jeszcze coś równie dobrego, zamiast tworzyć kolejne odcinki serii, która już dawno zjadła własny ogon. Trzymam kciuki za nowe projekty."

piątek, 9 grudnia 2011

Przyszłość "Thorgala"

W najnowszym numerze "Fantasy Komiks" ukazał się wywiad z Nathalie Van Campenhoudt, redaktorką serii "Thorgal" w belgijskiej oficynie Le Lombard.

Według zapowiedzi, kolejne albumy serii będą ukazywały się co dwa lata. Najbliższy zostanie wydany się w roku 2013, a kolejne w latach 2015 i 2017. W albumie 36 zakończone zostaną przygody Thorgala i Jolana. Co więcej, akcja tego albumu zbiegnie się z akcją cykli pobocznych: "Kriss de Valnor" oraz "Louve". Oba te spin-offy zaplanowane są na cztery części każdy, ale nie jest powiedziane, że nie będą kontynuowane.

Z kolei cykl "Młodość Thorgala" ma przedstawić przygody Gwiezdnego Dziecka mające miejsce pomiędzy albumami "Aaricia" i "Zdradzona czarodziejka". Autorem scenariuszy będzie Yann le Pennetier, rysownikiem zostanie prawdopodobnie Joël Parnotte.

środa, 7 grudnia 2011

Fanart nr 18: Leszek Wicherek

Widoczna obok - ujęta w trzech kadrach - sytuacja została zainscenizowana przez Leszka Wicherka. Rysownik dołożył między innymi cegiełkę do antologii "Sceny z życia murarza" (scenariusz Jerzy Szyłak), brał udział komiksowym projekcie organizowanym przez Gazetę Wyborczą Katowice (wydanie z dnia 18.03.2011), publikował w zinie "Maszin". Po większą dawkę prac autora warto zajrzeć na jego blog pod adresem: http://komiksodrama.blogspot.com. Leszek w dość oryginalny sposób skomentował stworzony przez siebie fanart:

"Grzegorz Rosiński był moim bogiem.
Prawdę mówiąc chyba nadal nim jest.
Obecnie oczywiście jednym z wielu.
Potrafił narysować WSZYSTKO.
Gołą babę, krasnoluda, śmierć...

Z zazdrości i czystej złośliwości
zmalowałem zatem powyższego fanarta
i żądam aby się Wam podobał!"

czwartek, 1 grudnia 2011

Wywiad z Amélie Sarn

Amélie Sarn to francuska pisarka, autorka licznych książeczek kierowanych do młodszego czytelnika. Na swoim koncie ma adaptację filmu Sylvaina Chometa "Trio z Belleville". Próbowała również swoich sił w komiksie - wraz z Ériciem Corbeyranem jest współscenarzystką serii "Nanami". Amélie jest autorką książkowej adaptacji "Thorgala", której pierwsza część pod tytułem "Dziecko z gwiazd" niedawno ukazała się na polskim rynku. Oto co udało się dowiedzieć od pisarki na temat jej pracy nad tym projektem:

Skąd wziął się pomysł na adaptację "Thorgala"?

Właściwie jest to polecenie od domu wydawniczego. Wiedząc, że jestem fanką komiksów i uniwersum "Thorgala", wydawca zaproponował mi ten projekt. Pan van Hamme, scenarzysta, miał oczywiście prawo wypowiedzieć się i poprosił mnie o napisanie trzech pierwszych rozdziałów przed zaakceptowaniem mojej osoby. To, co mu zaproponowałem, spodobało mu się, co było dla mnie bardzo ważne. A także bardzo pochlebne.

Czytała Pani "Thorgala" jako dziecko?

Przeczytałam wszystkie "Thorgale".

Jaki jest Pani ulubiony album serii?

Powiedziałabym – "Louve". Ale jest wiele, które uwielbiam, każdy z innego powodu.

Jaki jest Pani ulubiona postać?

Thorgal. To w nim zakochałam się, kiedy byłam dziewczynką.

Jaki był Pani pomysł na tę adaptację? Komiks jest innym środkiem wyrazu niż książka.

Chodziło o to, żeby w sposób linearny opowiedzieć historię Thorgala i wzbogacić ją tak, żeby czytelnicy dowiedzieli się więcej o jego psychologii i o nim samym.

Czy było proste opisać to, co narysował Grzegorz Rosiński?

Celem książki nie jest koniecznie opisać rysunki, ale oczywiście Pan Rosiński stworzył niezwykłe klimaty, którymi łatwo było się inspirować. Często był tak trafny w ich przedstawianiu, że po prostu wykorzystywałam jego kompozycje.

Czy konsultowała Pani z Jeanem van Hamme'em zmiany w oryginalnym scenariuszu?

Pan van Hamme zażyczył sobie przeczytać trzy pierwsze rozdziały, potem dał mi carte blanche. Niemniej jednak konsultowałam z nim drobne zmiany i zawsze wyrażał on na to zgodę i wspierał mnie.

Dlaczego, dla przykładu, pominęła Pani spotkanie Thorgala z Xargosem w pierwszej części książki? Uważam, że to duża zmiana.

To wydarzenie nie zostało pominięte. Ze względu na narrację, pojawi się w trzeciej części.

Prawdopodobnie "Światy Thorgala" opowiedzą o młodości Thorgala. W tym wypadku, czy scenarzyści komiksów będą musieli przestudiować to, co Pani napisała (na przykład relacje Thorgala z jego matką)?

Pan van Hamme był na tyle uprzejmy, że poprosił, by przyszłe "Thorgale" uwzględniały to, co napisałam, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Pani plany na przyszłości związane są z adaptacją całej serii?

Tak, oczywiście, chciałabym kontynuować opowiadanie przygód Thorgala.

Co myśli Pani o adaptacji kinowej "Thorgala"? Moje wrażenie jest takie, że adaptacja książkowa może być etapem przejściowym między komiksem i filmem.

Byłabym szczęśliwa móc zobaczyć Thorgala w kinie, ale także trochę przestraszona, podobnie jak - bez wątpliwości - fani odkrywający książkę. To uniwersum jest tak bogate, że można by stworzyć niezwykły film.

środa, 30 listopada 2011

Fanart nr 17: Mateusz Skutnik

Ilustrację widoczną obok wykonał Mateusz Skutnik. W jego komiksowym portfolio znajdują się między innymi takie pozycje, jak steampunkowa seria "Rewolucje", cykl przypowieści o Blakim czy "Morfołaki". Oprócz tego Mateusz zajmuje się tworzeniem gier w studiu Pastel Stories. O komiksowych projektach autora można poczytać na jego stronie: http://www.pastelportal.com/stories. Mateusz w ten sposób wspomina początki swojej przygody z serią Jeana van Hamme'a i Grzegorza Rosińskiego: 

"Ja jestem na tyle stary, że początki "Thorgala" to dla mnie wydanie KAW-u. To były tylko pierwsze dwa tomy. Tylko wtedy nie wiedziałem że to "tylko" dwa tomy. Nikt chyba nie wiedział. To były czasy kiedy "Yans" był większą serią niż "Thorgal". "Thorgal" to był po prostu dyptyk. I nagle, w jakiejś księgarni patrzę - a tam "Kraina QA" wydana przez Orbitę. 0_O Co więcej - patrzę na tylną stronę okładki - a tam spis - trzynaście tomów! I ta "Kraina QA" to dziesiąty tom! I na dodatek Orbita wydała już cztery tomy! Nieważne, że jakoś tak ze środka serii, ważne że są! Bania roz… hm... rozwalona.

Nigdy wcześniej i nigdy później nie było tak epickiego poszukiwania wydanych tomów oraz oczekiwania na ukazanie się kolejnych. Dwutomowy komiks wybucha nagle do pełnej serii, którą na dodatek nam zaserwowano w jej najlepszym momencie, czyli "Łucznicy" i cała przygoda w krainie QA. Pamiętam że jak już doszli do końca serii, czyli wtedy to była bodajże "Wilczyca" - to wreszcie zaczęli wydawać te brakujące cztery tomy z początku. A gdy już je wydali - świat znów zaczął mieć sens.

Żaden komiks nie miał na mnie takiego wpływu, jak "Thorgal". I prawdopodobnie nie będzie miał. Jasne, na pewno są i będą lepsze komiksy, ale żadnego już nie będę czytał z wypiekami na twarzy. Na żaden nie będę już tak bardzo czekał. Bo czekam do dziś. Nowy "Thorgal" za cztery dni, a ja nie mogę się doczekać. Jak dzieciak.

Do tekstu załączam okładkę kolejnego, 34 już tomu serii. Widziałem ją w pracowni u pana Grzegorza, jak tam ostatnio byłem. We śnie."

czwartek, 24 listopada 2011

Wywiad z Romanem Surżenko

Roman Surżenko jest rosyjskim rysownikiem. Na swoim koncie ma wiele projektów zrealizowanych na wschodni rynek, m.in. historyczną sagę osadzoną w średniowiecznej Japonii "Wojownik i Mnich" (scenariusz D. Gubarevsky) czy serię fantasy "Wielesław" (scenariusz W. Agafonov). Aby rzucić okiem na bogate portfolio artysty warto zajrzeć na jego stronę internetową: http://www.robinart.ru. Romanowi udało się również zaistnieć na rynku franko-belgijskim. Powierzono mu ilustrowanie osadzonego w "Światach Thorgala" cyklu "Louve". Narysowany do scenariusza Yanna album "Raissa" właśnie zadebiutował na rynku. Tymczasem Roman udzielił odpowiedzi na kilka pytań związanych z jego pracą nad spin-offem do serii o Gwiezdnym Dziecku i nie tylko:


Jak to się stało, że zostałeś rysownikiem "Louve"?

Pewnego razu moja agencja "Tomatofarm” pokazała moje portfolio panu Rosińskiemu, który zwrócił w nim uwagę na słowiańskie fantasy pod tytułem "Wielesław" (komiks ukaże się w 38 numerze "Krakersa" – dop. JS). Potem zaproponowano mi zrobienie kilku testowych plansz, podobnie jak innym artystom. Żadnej konkretnej informacji, żadnych detali – po prostu coś na temat świata Thorgala. Więc zrobiłem kilka plansz i zacząłem czekać na rezultaty. Po kilku miesiącach zaoferowano mi zrobienie kilku plansz opartych o scenariusz historii Louve. Wykonałem je i znowu zacząłem czekać. Wreszcie powiedziano mi, że Le Lombard zamierza dać mi ten spin-off (mam na myśli "Louve"). I zaczęła się praca... Cóż, to była długa historia.

Może wiesz, jak wielu innych rysowników brało udział w tej "rywalizacji"?

Nie wiem. To była poufna informacja. Widziałem w internecie tylko jedną planszę pana Patricka Laumonda.

Jaka była Twoja reakcja na wieść, że ostatecznie to Ty wkroczysz do świata Thorgala?

Moja reakcja? Uradowanie i oszołomienie w tym samym czasie. Nie mogłem w to uwierzyć. Miałem powód czuć radość, ponieważ "Thorgala" zawsze darzyłem szczególnym uczuciem.

Czy "Thorgal" jest popularny w Rosji?

Wiesz, komiksy franko-belgijskie nie są dobrze znane w Rosji. Niestety. Ale "Thorgal" jest bardzo popularny wśród tych, którzy je znają i kochają.

Kiedy przeczytałeś pierwszego "Thorgala" i jaki był tytuł tego albumu?

To było jakieś 20 lat temu, kiedy byłem studentem Uniwersytetu Inżynierii Radiowej w Taganrogu. Zobaczyłem 5 albumów "Thorgala" i to rozwaliło mój umysł. To były pierwsze frankofońskie albumy, jakie zobaczyłem. Oczywiście pamiętam je, oglądałem je setki razy, każdy detal, każdą kreskę. One były wydane przez polskiego wydawcę "Orbitę" (niespodzianka!): "Upadek Brek Zaritha", "Gwiezdne dziecko", "Alinoe", "Łucznicy", "Kraina Qa".

Jestem zdumiony, że czytałeś polskie "Thorgale"! To brzmi nieprawdopodobnie.

Wiem, że wygląda to jak jakaś fantastyczna historia, ale taka jest prawda. Ale... nie czytałem ich (nie znam polskiego), patrzyłem i uczyłem się sztuki komiksu i sposobu opowiadania historii.

Jaki jest Twój ulubiony album "Thorgala"?

Bez wątpienia "Łucznicy" (wszystkie inne albumy też).

Jak podobają Ci się pomysły Yanna, wprowadzone w "Louve". Myślisz, że fani je polubią?

Uwielbiam je. Szczerze. Mam swoje powody. Co do fanów, mam nadzieję, że polubią nową Louve. Mówię "nową", ponieważ trochę dorosła i naprawdę się zmieniła. Co więcej, widzimy świat oczami dziewczynki, która komunikuje się ze zwierzętami i ptakami. Dlatego mamy w komiksie mówiące wilki etc. Jest to cecha nowego spin-offu. Proszę, nie podejmujcie pochopnych osądów, to jest dopiero początek cyklu kilku albumów, każdy detal i każde wydarzenie odegra swoją rolę.

Jesteś usatysfakcjonowany rysowaniem komiksu o przygodach Louve czy może – gdyby zaistniała taka możliwość – wolałbyś rysować przygody innego bohatera?

Hmm... Dobre pytanie... Na początku byłem trochę rozczarowany. Mała dziewczynka, spokojna i cicha... Ale kiedy zacząłem czytać scenariusz Yanna, zdałem sobie sprawę, że kocham tę postać. No i mamy wystarczająco dużo akcji i innych rzeczy, które lubię rysować. Ponadto moja córeczka jest trochę starsza od Louve, więc dostrzegam pewne znane rzeczy ("Wszyscy chłopcy są głupi! Wszyscy!!!").

Jak się przygotowywałeś do rysowania "Raissy"?

Dostałem kilka instrukcji od pana Rosińskiego na temat zasad tworzenia storyboardów w stylu "Thorgala", przestudiowałem znowu wszystkie albumy, obejrzałem kilka filmów o wilkach (oczywiście nie przygotowywałem się jak Rocky Balboa do swoich walk bokserskich).

Czy starałeś się "wykorzystać" sposób ekspresji podobny do stylu Rosińskiego, czy byłeś wolny, by tworzyć w swoim stylu?

Czytałem pewne opinie, że "droga Rosińskiego" musi być wymogiem autorów i wydawcy. Ale nie, byłem całkowicie wolny, kiedy zacząłem swoje próby. Jak powiedziałem, nie było na ten temat żadnych informacji, żadnych detali. Ale jestem fanem "Thorgala", kocham ten styl bardzo mocno, więc nie miałem wątpliwości – nasz spin-off powinien być wierny tradycji "wczesnego Thorgala". Nie dbałem o "indywidualność". Powiedzmy szczerze – to jest sposób wyrażenia wielkiego szacunku wobec talentu pana Rosińskiego, sposób na podziękowanie za inspiracje, które otrzymałem wiele lat temu i które wciąż czuję.

Jak podobają Ci się kolory Grazy?

Kiedy dowiedziałem się o tym, byłem bardzo dumny, że kolory zrobi osoba, która pracowała z Rosińskim nad "Thorgalem", "Skargą Utraconych Ziem", "Szninklem". Teraz, kiedy trzymam w rękach "Raissę", jestem wciąż dumny. Znakomita, "żywa" praca.

Czy w scenariuszu "Raissy" doszło do jakiś zmian? Z początku tytuł pierwszego albumu "Louve" brzmiał "Odcięta dłoń boga Tyra" a potem został zmieniony. Co się stało?

Nie wiem dokładnie dlaczego tak się stało. Ale mogę zgadywać... Piękny album Giulio de Vity i Yvesa Sentego ukazał się nim rozpoczęła się właściwa nad projektem związanym z Louve. Więc wydawca użył "roboczego" tytułu zapowiadanego komiksu na tylnej stronie okładki "Nie zapominam o niczym!". A kiedy scenariusz naszego pierwszego albumu stał się komiksem z "krwi i kości" – było jasne, że ten tytuł musi ulec zmianie.

Czy chciałbyś kiedyś zagościć na jakimś konwencie komiksowym w Polsce?

Bardzo bym chciał! I nie tylko na konwencie komiksowym. Ale teraz zanurzyłem się bardzo głęboko w "Światy Thorgala", więc nie oczekujcie mnie zbyt szybko.

środa, 23 listopada 2011

Fanart Specjal nr 10: Grzegorz "gino" Nita

Humorystyczna scenka widoczna po lewo została narysowana przez Grzegorza "gino" Nitę, autora słowiańskiego westernu kung fu pod tytułem "Banzaj". Na papierze ukazał się jeden albumik tej serii, zatytułowany "Dorwać fleta". "Kniaziówna Eryka" ukazuje się w odcinkach na blogu http://banzaj.blogspot.com. Na temat przygotowanej ilustracji Grzegorz mówi:

"Mój fanart chyba dobrze pokazuje, który odcinek Thorgala najmilej wspominam. Wiadomo, cała seria przywodzi na myśl fajne wspomnienia, kojarzy się z dzieciństwem i początkiem przygody z komiksami. Ale do „Łuczników” mam jakiś taki największy sentyment. Kawał dobrej historii, świetne postacie. Czyta się jak dobry film."

poniedziałek, 21 listopada 2011

Recenzja "Raissy"

Louve pojawiła się na planszach serii "Thorgal" w roku 1990, przychodząc na świat w wilczym legowisku. Dwadzieścia jeden lat później dziewczynka obdarzona darem znajomości mowy zwierząt staje się bohaterką własnej serii. Albumem "Raissa", jako nowy scenarzysta w rozbudowywanym uniwersum "Thorgala", debiutuje Yann de Pennetier. Przypadło mu poprowadzenie dziecięcej postaci, która dotychczas pozostawała na drugim planie, dlatego jego zadanie od początku postrzegałem jako tylko pozornie proste. Na szczęście francuski autor poradził sobie, chociaż nie obyło się bez pewnego zdziwienia – Louve, jaką znałem z plansz "Thorgala" trochę się zmieniła.


Jean van Hamme nigdy nie bronił się przed obsadzaniem w rolach pierwszoplanowych bohaterów dziecięcych. Nie tylko zdecydował się opowiedzieć kilka przygód małego Thorgala i małej Aaricii (poświęcił temu tylko dwa albumy, ale dzielą się one na krótsze formy), lecz również w naturalny sposób wykorzystywał postać ich pierworodnego syna, czyniąc go główną bohaterem już w "Alinoe", a następnie regularnie czyniąc z niego pełnoprawnego bohatera serii. W tym kontekście naturalnym pomysłem wydaje mi się rozpoczęcie cyklu poświęconego Louve, szczególnie, że niestety często brakowało dla niej miejsca na łamach oryginalnej serii.

Trudno jednoznacznie określić wiek bohaterki. Według moich kalkulacji Louve ma co najmniej osiem lat, ale może być rok lub dwa starsza. W jej wieku Thorgal i Jolan dokonywali wielkich czynów (Aaricia we "Łzach Tjazhiego" jest trochę starsza), więc czemu i ona nie miałaby stać się pełnoprawną postacią na komiksowej mapie. Tyle tylko, że Louve znana z plansz dotychczasowych albumów "Thorgala" niekoniecznie nadawała się na protagonistkę – zawsze cicha i spokojna, choć przecież z dużym potencjałem (mam na myśli nadzwyczajne moce). Dotychczas jej rola w serii była mocno ograniczona. Owszem, w albumie "Arachnea" wysunięta została nieco bardziej na pierwszy plan, ale później znowu pełniła jedynie rolę statystki (co niestety pokazuje, że nawet van Hamme nie za bardzo miał pomysł, jak rozpisać scenariusze na większą liczbę postaci, czy też po prostu uznał, że Louve jest jeszcze zbyt mała, by angażować ją bardziej w prowadzoną akcję). Tymczasem Louve osiągnęła wiek, w którym niemożliwością było pomijać jej znaczenie w relacjach między bohaterami serii. Dlatego też największym wyzwaniem stojącym przed Yannem pozostawało zdecydować, jakie wyraziste cechy charakteru nadać wyjątkowemu dziecku.

Wydaje mi się, że czytając "Raissę" zrozumiałem, skąd wzięła się nagła zmiana tytułu pierwszego albumu nowego cyklu wchodzącego w skład „Światów Thorgala”. Pierwotnie miał on brzmieć "Odcięta dłoń boga Tyra". Ostatecznie tak zatytułowany będzie drugi album "Louve". Mam wrażenie, że wymyślona przez Yanna fabuła, która w zaistniałych okolicznościach dopiero w przyszłości wykorzysta motyw odciętej dłoni jednego z Asów, nie wprowadzała należycie dobrze postaci Louve, to znaczy nie było w niej miejsca na przedstawienie tego, jaka jest główna bohaterka, jakimi cechami charakteru można ją opisać. Uważam, że było to o tyle ważnie zarówno z perspektywy pomysłu na fabułę, jaką proponuje scenarzysta (chociaż bez odpowiedniego wprowadzenia trudno byłoby mu uzasadniać pewne zachowania bohaterki), lecz również z perspektywy pozyskiwania czytelników dla nowego cyklu. Szczególnie z myślą o tych, którzy nie czytali "Thorgala", wypadało przybliżyć w jakiś sposób przynajmniej najważniejsze fakty związane z tytułową postacią (ograniczono się z tym właściwie do minimum, ale jednak spróbowano od tego uciec).

Pociągnęło to za sobą szereg konsekwencji. I tak komiks można podzielić na trzy akty. W pierwszym bohaterka zostaje zestawiona z innymi dziećmi mieszkającymi w jej rodzinnej wiosce. Konfrontacja ta ma zarysować relacje Louve z rówieśnikami i pokazać, jak dziewczynka się wśród nich odnajduje, a więc czy jest odrzucana czy akceptowana. Przy okazji pojawia się okazja do powiedzenia paru słów na temat jej pochodzenia (czy też raczej pochodzenia jej ojca) – pozwala to Louve dumnie nazywać siebie Dziewczyną Przybyłą z Gwiazd. Drugi akt związany jest z postacią tytułowej Raissy, wilczycy przewodzącej stadu wilków, które grasują w pobliżu wioski. Z jednej strony pokazuje to bohaterkę w kontekście świata przyrody, w którym funkcjonuje w sposób szczególny z racji posiadanych zdolności (przy okazji po raz kolejny pojawia się przypomnienie, w jakich okolicznościach się urodziła), z drugiej strony płynnie wprowadza do aktu trzeciego, tego właściwego, który scenarzysta zamierza eksplorować co najmniej przez dwa albumy, jeśli nie dłużej.

Tego typu zabieg zaowocował jednak, moim zdaniem, pewnego rodzaju rozdźwiękiem w tak krótkim komiksie. Nie ukrywam, spodziewałem się, że "Raissa" będzie raczej one-shotem, jakąś zamkniętą na czterdziestu sześciu planszach przygodą Louve. Okazało się, że przy okazji rozpoczynania nowego cyklu postanowiono za jednym zamachem "załatwić" kilka spraw (stąd moje przemyślenia na temat zmiany planów wydawniczych związanych z tym cyklem). Nie wiem, na ile wpływ miał na to sam scenarzysta, a na ile jest to efekt rozmów pomiędzy nim i koordynującym cały projekt Yvesem Sente'em. Oczywiście rozumiem to. Tym bardziej, że wygląda na to, że "Louve" musi wkomponowywać się w szerzej zakrojony plan gry, musi pozostać w jakimś stopniu sprzężona z serią główną. Fabuła "Raissy" toczy się równolegle do wydarzeń opisanych w "Statku mieczu" (wykorzystano nawet dość zgrabny zabieg nawiązania do najnowszego "Thorgala"). Nie chciałbym jednak wyciągać zbyt daleko idących wniosków, ani też silić się na krytykę, bo miałem dużo przyjemności z lektury komiksu, szczególnie kiedy zaczęła zawiązywać się właściwa akcja. Nie ukrywam, mój apetyt na poznanie dalszego ciągu rozpoczętej historii jest duży.

Największe zastrzeżenie do scenarzysty mam à propos wprowadzenia do narracji dymków z wypowiedziami wilków. Od samego początku Jean van Hamme otoczył woalką tajemnicy parapsychiczne zdolności dziewczynki, której przodkowie przybyli z gwiazd, nie wyjaśniając, jak dokładnie przebiega przekaz treści między nią i zwierzętami (mam na myśli formę komunikatu; na przykład przekaz telepatyczny). Oczywiście rozumienie przez Louve mowy zwierząt było kojarzone z tym, że przyszła na świat wśród wilków (stąd przecież wzięło się jej imię). Ale czytelnicy mieli również w pamięci zdolności córki Slivii, kryjącej się pod przebraniem Władcy Trzech Orłów, która przecież porozumiewała się z drapieżnymi ptakami. Tyle tylko, że przejaw tej niezwykłej komunikacji zawsze był niejako jednostronny – o tym, co powiedziały zwierzęta czytelnik dowiadywał się z ust bohaterki, tudzież bohaterka na głos wypowiadała słowa, które kierowała do zwierząt (a one ją rozumiały). Teraz doszło do tego, że rozmowa Louve z wilkami odarta została aury tajemniczości, w dodatku czytelnik może śledzić dialog, jaki wilki prowadzą między sobą. O ile pomaga to w budowaniu narracji (w przeciwnym wypadku komiks mógłby być w dużej części niemy), o tyle rodzi skojarzenia chociażby z mówiącymi zwierzętami z kreskówek Disneya. Nie uważam, żeby pomysł był zupełnie chybiony, natomiast jest to w jakiś sposób wbrew tradycji podtrzymywanej w serii od lat.

Mojemu zatroskaniu wcale nie pomaga fakt, że debiutujący w roli rysownika "Światów Thorgala” Roman Surżenko przedstawił dzikie bestie w fantastyczny sposób. A chciałbym skierować pod jego adres kilka ciepłych słów. Otóż narysowane przez Surżenkę wilki wyrażają wszystko to, czego wymagał scenariusz. Raz są groźne i szczerzą kły, to znowu przypominają przyjazne stworzenia. Jednym zdaniem, rosyjski artysta świetnie poradził sobie z aklimatyzacją w nowym dla niego świecie. Z wielką pieczołowitością oddał klimat natury Northlandu, udało mu się również przedstawić Aaricię i Louve takie, jakie znamy z ilustracji Grzegorza Rosińskiego. Zestawiając ze sobą prace Romana Surżenki i Giulio de Vity, ten pierwszy nie tylko lepiej wszedł w świat "Thorgala", ale również bliższy jest w formie wyrazu temu, co na setkach plansz robił polski grafik. Być może niektóre pozy postaci wyszły mu zbyt statycznie, ale naprawdę trudno się do tego przyczepić. Co więcej, kolorystyka Grazy doskonale wkomponowuje się w szkic, który miejscami jest równie gęsty, jak w starszych pracach Rosińskiego. Gdybym chciał powiedzieć za dużo, wydałbym opinię, że Rosjanin jest dla "Światów Thorgala" dużo silniejszym wzmocnieniem niż Włoch (chociaż nie mogę powiedzieć, żeby jego dokonania w "Kriss de Valnor" mi się nie podobały). Więcej, z dwóch nowych rysowników to jego widziałbym w przyszłości bardziej jako następcę Rosińskiego. I proszę nie posądzać mnie o sprzyjanie słowiańskiemu talentowi. Ta pozytywna energia po prostu emanuje z plansz komiksu.

Jak już wspomniałem, jestem bardzo ciekaw tego, jak rozwinie się cykl przygód córki Thorgala. W moim odczuciu Yann Pennetier bez kompleksów wkroczył do realiów przez lata kreowanych przez Jeana van Hamme'a, nadając wyrazisty rys młodej bohaterce, stawiając na oryginalną fabułę. Kości zostały rzucone, nie obyło się bez cliffhangera, ale na całe szczęście już w przyszłym roku będzie można się przekonać, jak dużą konsekwencją wykażą się obaj autorzy.

"Louve" album 1: "Raissa"
Scenariusz: Yann
Rysunek: Roman Surżenko
Tłumaczenie: Wojtek Birek
Wydawnictwo: Egmont Polska
Data publikacji: 11.2011
Wydawca oryginału: Le Lombard
Liczba stron: 48
Format: 21,5 x 28,5 cm
Papier: kredowy
Druk: kolor
Oprawa: miękka/twarda
Cena: 22,99 zł/29,99 zł