EPOXY

wtorek, 17 marca 2015

Recenzja "Skalda"

Jak dotychczas żadna z trzydziestu czterech okładek "Thorgala", ani jedenastu okładek trzech serii wchodzących w skład "Światów Thorgala", nie przedstawiała przemocy w sposób tak dosłowny, jak czyni to okładka piątego albumu serii "Louve". Oto uzbrojona w łuk dziewczynka trafia strzałą atakującego ją wilka. Czy jest to uzasadnione? Bynajmniej. Tym bardziej, że komiks wcale nie epatuje przemocą, choć na planszach dochodzi do zaciętej konfrontacji pomiędzy zmienioną w drapieżną kobietę wilczycą Raissą a bystrą córką Thorgala. Prawdę powiedziawszy zdecydowanie bardziej brutalna była "Crow".

Scenariusz "Skalda" opiera się w zasadzie na motywie pościgu, w którym silniejszy ściga słabszego. Ten słabszy wcale nie jest jednak z góry skazany na porażkę. Sam pościg cechuje wiele mniej lub bardziej pomysłowych zwrotów wartko prowadzonej akcji, toteż komiks czyta się dość szybko i trudno zarzucić mu nudę, natomiast fabuła jest zdecydowanie mniej gęsta niż w albumie poprzednim. Wpływ na dynamikę komiksu ma duża liczba niemych kadrów. Wszystkich jest 372, z czego aż 100 jest pozbawionych dźwięku (nie wliczając kadrów opatrzonych jedynie w onomatopeje). W przypadku "Crow" na 326 kadrów tylko 40 było niemych. Ta dysproporcja jednoznacznie wskazuje, że w pierwszym albumie drugiego cyklu przygód Louve scenarzysta miał więcej do powiedzenia, w drugim zaś pozwala sobie na rozwiązanie pewnych kwestii bez użycia słów.

W świetle zaistniałych wydarzeń w oczy rzuca się naiwność cechująca chyba wszystkie najważniejsze postaci. Bo tak naprawdę naiwna jest zarówno znajdująca się na postronku Raissa, jak i zagubiona Louve. Naiwny jest też tytułowy Skald – postać intrygująca i moim zdaniem najciekawsza ze wszystkich wprowadzonych do serii przez francuskiego scenarzystę. Tylko że on jest naiwny w trochę inny sposób. Wydaje się to być wpisane w jego naturę, definiuje go jako osobę, tymczasem natura pozostałych postaci zdawałaby się być zupełnie inna.

O ile główny wątek jest związany z Raissą i Louve, poboczny skupia się na Aaricii (postaci szczególnie naiwnej), która w towarzystwie Lundgena odpływa z rodzinnej wioski. Niegdyś taka decyzja przyszła jej z bólem serca, choć Northland opuszczała wraz z ukochanym Thorgalem. Dziś, przygnębiona utratą bliskich, decyduje się na ten bezsensowny krok zdecydowanie zbyt łatwo. Podejrzewam, że gdyby miała przy sobie serdeczną przyjaciółkę, być może postąpiłaby inaczej. Ale bogowie z Asgardu sami raczą wiedzieć, czemu Solveig gdzieś zaginęła. Yann tak jakby zupełnie zapomniał o tej bohaterce. Bohaterce, która przecież miała duże znaczenie w życiu córki Gandalfa Szalonego.

Yann jest wprawnym scenarzystą. Wiadomo to nie od dziś. Potrafi zbudować spójną narrację i dynamicznie pchnąć naprzód fabułę. Pod tym względem nie sposób odmówić mu warsztatu. Szkoda tylko, że robi to bardziej w stylu telewizyjnego serialu niż komiksowej serii, w której każdy kolejny album może stanowić odrębną całość – a tak właśnie było w przypadku scenariuszy pisanych przez Jeana Van Hamme'a. Yann pracuje w zupełnie inny sposób. W pisanych przez niego komiksach sporo się dzieje, ale wszystkie albumy przepełnione są scenami, o których Van Hamme chyba nawet by nie pomyślał i po prostu skupił się na najistotniejszych wydarzeniach. Tym samym to, co Francuz rozwlecze w swoim stylu na dwa odcinki, Belg prawdopodobnie zawarłby w jednym, bardziej szanując każdą planszę i każdy kadr.

Na pewno daje to większe pole do popisu dla Romana Surżenki. Rosjanin siłą rzeczy musi narysować więcej obrazków, a że robi to dobrze i w niebywale szybkim tempie, żadnemu z rysowanych przez niego tytułów nie grozi opóźnienie. Komiksowi zdecydowanie służy też to, że rosyjski rysownik sam nakłada kolory na plansze. Miejscami malowane przez niego tła są bardzo dopracowane i wprowadzają odpowiedni nastrój – mam szczególnie na myśli sceny w leśnych ostępach. Po prostu widać, że przykłada się do każdego rysunku. Dlatego niewątpliwie jest godnym następcą Grzegorza Rosińskiego i po rezygnacji Giulio de Vity z kontynuowania pracy nad serią "Kriss de Valnor" jedynym. Przed tym, kto zastąpi Włocha stoi wyzwanie, na którego ocenę będzie trzeba jeszcze poczekać. Czasami tylko żałuję, że rysunków Surżenki nie można będzie obejrzeć „na żywo” – powstają na komputerze. 

Wracając jeszcze do kwestii fabularnej, scenariusze Francuza można powoli traktować jako kopalnię zakamuflowanych terminów i pojęć, bądź nazwisk, z którymi czytelnik mógł się zetknąć w zupełnie innych okolicznościach. Tym razem na jego względy mogą liczyć filmowy scenarzysta i reżyser Luc Besson oraz czterej przedstawiciele świata nauki: Francis Crick i James Watson, Alan Turing, a także Stephen Hawking. Z jednej strony widać, że Yann doskonale się bawi, z drugiej zaś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie jest to najlepsze miejsce na tego typu zabawy. Najwyraźniej świat mocno prze ku postmodernistycznym rozwiązaniom i ciężko chronić przed nimi nawet "Thorgala".

Jest jeszcze coś, co z uporem maniaka realizuje Francuz. To sprawianie, że ktoś wskakuje komuś do łóżka. Nie chciałbym się nad tym specjalnie rozwodzić, bo jest to rzecz, która razi mnie nie po raz pierwszy, ale wciąż wydaje mi się, że wszystko wynika z błędnej interpretacji mechanizmów rządzących "Thorgalem". Poza tym, o ile ciekawiej bywa zostawić coś w niedopowiedzeniu... Przez lata wychodziło to nad wyraz dobrze i naprawdę nie widzę potrzeby, by to zmieniać.

Na koniec pozostaje jeszcze istotna kwestia, która zostaje jedynie zasygnalizowana na ostatnich planszach "Skalda" i której omówić w tym miejscu nie mogę, by nie popsuć nikomu przyjemności czytania komiksu. Otóż Yann pozytywnie zaskoczył mnie pomysłem na wprowadzenie czegoś nowego do znanego świata. Sądzę, że może z tego wyniknąć coś nie tylko interesującego, co wnoszącego znaczny powiew świeżości. Z drugiej zaś strony rzuca się w oczy, że Yann zwyczajnie nie ma większego szacunku do postaci wykreowanych przez Jeana Van Hamme'a, a w dodatku potrafi po swojemu reinterpretować niektóre wydarzenia mające miejsce w przeszłości! Co mam na myśli? Przekonajcie się sami zaglądając do piątej odsłony przygód Louve. Jak stwierdziłem, komiks jest sprawnie napisany i całkiem nieźle się go czyta, ale niestety znów mam zastrzeżenia dotyczące fundamentalnych wartości, jakie przez lata niosła główna seria. Nie lubię też, kiedy ktoś zmienia charakter znanych i lubianych bohaterów... 

"Louve" album 5: "Skald"
Tytuł oryginalny: Skald
Scenariusz: Yann
Rysunek: Roman Surżenko
Tłumaczenie: Wojtek Birek
Wydawnictwo: Egmont Polska
Data publikacji: 03.2015
Wydawca oryginału: Le Lombard
Liczba stron: 48
Format: 21,5 x 28,5 cm
Papier: kredowy
Druk: kolor
Oprawa: miękka/twarda
Cena: 22,99 zł/29,99 zł
Komiks można kupić w:

6 komentarzy:

  1. No to ciekawe... ja przeczytam w czwartek.
    A co rozumieć przez stwierdzenie że rysunki Surżenki powstają na komputerze? Znaczy się rysunki czy kolory?... ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko, pracuje na tablecie.

      Usuń
    2. No to cwaniak z niego! ;-)

      Usuń
  2. Surżenko nie jest tak odważny jak Rosiński z Kriss w 19-NF.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozrzedzenie gęstości fabuły tłumaczę siłą odgórną. Serie poboczne wychodzą raz na rok, główny Thorgal raz na dwa. Ponieważ w głównym Thorgalu mało się dzieje, więc siłą rzeczy w pobocznych seriach siłą rzeczy musi też się dziać niewiele, żeby połączenie kiedyś tam miało ręce i nogi.

    OdpowiedzUsuń
  4. Najbardziej mnie jak na razie w scenariuszach Yanna wkurzała zdrada Aarici w momencie gdy nie wie co dzieję się z Louve,czyli całkowicie inny charakter postaci oraz odnośniki do osób z "naszych czasów". Same historie są dla mnie ciekawe,osadzone w bogatej mitologii germanskiej. Tom 4 i 5 Louve dla mnie bardzo udane,nawet nie razi zachowanie Vigrida...zapowiada się ciekawa historia z ciemnymi elfami

    OdpowiedzUsuń