EPOXY

wtorek, 8 listopada 2016

Recenzja "Szkarłatnego ognia"

"Mam wesprzeć jednych szaleńców przeciw innym?", pyta Thorgal swego najmłodszego syna Aniela, kiedy ten namawia go, by opowiedział się po stronie obrońców Bag Dadhu w walce przeciwko oblegającej miasto wschodniej armii cesarza Magnusa. W głosie mężnego Wikinga przebrzmiewa niezmienna pogarda wobec tych, którzy poprzez konflikt zbrojny dążą do władzy. Thorgal nie chce zostać uwikłany w wojnę, która nie jest jego. Tak zresztą było od zawsze. Długą drogę do Miasta Orła przebył w jednym tylko celu. Z zamiarem wyrwania z rąk porywaczy syna, którego dała mu Kriss de Valnor. I choć dotychczasowe trudności pokonał ze szlachetnych pobudek, czego zarzucić mu nie sposób, z szerszego kontekstu można wysnuć wniosek, że uczynił to ogromnym kosztem dla swojej rodziny. Nim jednak przyjdzie czas na rehabilitację, trzeba pomyślnie wykonać misję, która została rozpoczęta kilka albumów temu. Zadanie jej ukończenia zostało powierzone nowemu scenarzyście, obecnie jednemu z najlepszych na rynku frankofońskim. Jest nim Xavier Dorison, twórca takich tytułów jak "Trzeci testament", "Long John Silver" czy "Undertaker". Podobno kiedy oficyna Le Lombard zaproponowała mu przejęcie "Thorgala", odmówił. Koniec końców dał się jednak przekonać i owoce jego pracy są naprawdę słodkie, choć miejscami wyczuwa się w nich jeszcze cierpki posmak tego, co zostawił po sobie poprzedni scenarzysta, z którym wydawnictwo postanowiło zakończyć współpracę po niezbyt udanym albumie "Kah-Aniel" i niezbyt jasnym kierunku, w jakim miały zmierzać Światy Thorgala. 

Dla Jeana Van Hamme'a motyw rodziny był tym, który spajał sagę o Thorgalu Aegirssonie. Chociaż różnie bywało, a los tak często sypał piaskiem w oczy, w "Królestwie pod piaskiem" nawet dosłownie, więzi rodzinne były trwalsze niż wszystko. Kiedy schedę po Van Hamme'ie przejął Yves Sente, rodzina jako taka stopniowo stawała się coraz mniej istotna. O wiele ważniejsze były intrygi, które kochającą nade wszystko złoto Kriss de Valnor doprowadziły do tego, że na śmierć zapomniała o swoim synu, dla którego ratowania poświęciła wcześniej swoje życie. Co gorsza, Thorgal w trakcie wędrówki na wschód uległ pokusom ponętnej Salumy, tak jakby zupełnie postradał zmysły i zapomniał, jakim człowiekiem był dotychczas. Xavier Dorison, który został trzecim scenarzystą w czterdziestoletniej już historii tej kultowej serii, zdaje się postrzegać "Thorgala" nie tylko w aspekcie przygodowej historii z gatunku heroic fantasy, lecz takiej, w której bohaterami targają żywe emocje i uczucia związane z ich więzami rodzinnymi. Już w szóstym albumie serii "Kriss de Valnor", której jest współscenarzystą, niejako całą fabułę podporządkował jednej rzeczy: uzmysłowieniu Kriss, że przecież jest ona matką i powinna skupić się na losie swojego dziecka, które straciła z oczu. Trochę podobnie w "Szkarłatnym ogniu" duży nacisk zostaje położony na relacje pomiędzy ojcem i synem. Relacje, które dotychczas były po prosu zaniedbane.

Wobec powyższego, na pierwszy plan trzydziestego piątego albumu serii wysuwa się motyw sekty, za której modelowy wręcz przykład służy bractwo Czerwonych Magów. Najlepiej w tym miejscu pasuje cytat ze słów Magona, którego Aniel stał się wiernym uczniem: "Wyzwoliłeś się z więzów dawnego życia, dóbr doczesnych, niepotrzebnych więzi rodzinnych, fałszywych wierzeń..." Motyw dziecka obdarzonego niezwykłymi zdolnościami, którego chcą wykorzystać inni, pojawił się już w "Thorgalu" nie raz. Jolanem chciał się posłużyć nie tylko Shardar, lecz także Uebac. Z kolei teraz Aniela chcą wykorzystać Czerwoni Magowie. Tylko że o ile Thorgala i Jolana łączyła naprawdę silna więź, co w zasadzie musiało zdusić w zarodku wizję potężnego Hurukana stojącego na czele Xijnjinów, o tyle Aniela łączą z Thorgalem w zasadzie tylko więzy krwi. Wykorzystanie tego niedopatrzenia ze strony poprzedniego scenarzysty – bo nie mógłbym sobie wyobrazić, że było to celowe – dało nowemu scenarzyście dość użyteczny od strony konstrukcji fabuły wątek do rozwinięcia. 

Z mojego punktu widzenia, rozliczając przeszłość Thorgala pisaną przez Yvesa Sentego, Xavier Dorison wymierza mu siarczysty policzek. Ma to miejsce w chwili, kiedy Aniel wytyka Thorgalowi motywację stojącą za jego dotychczasowymi działaniami. Buńczuczny młodzieniec nie tylko piętnuje pobudki kierujące Thorgalem, ale w ogóle kwestionuje to, kim Thorgal jest. Szczerze przyznam, że plansza dwudziesta pierwsza tego albumu należy do najmocniejszych, jeśli chodzi o nasilenie emocji, będąc zarazem dowodem na to, że Dorison prześciga w tym aspekcie Sentego, który raczej na próżno komplikował wątki, aniżeli wzbudzał żywe emocje – czy to w bohaterach, czy to w czytelnikach. Mnie te emocje się w tym momencie udzieliły i dostrzegam w tym siłę nowego scenarzysty.

Xavier Dorison to strażak, który ogień gasi ogniem. Dosłownie. Pełniący funkcję script doctora przy różnych projektach filmowych, do Światów Thorgala wkroczył jako scenarzysta, którego zadaniem jest uproszczenie zupełnie niepotrzebnie zagmatwanej historii rozpisanej przez Yvesa Sentego i doprowadzenie jej do punktu, w którym Thorgal będzie wolny od pętających mu ręce i nogi zależności, co w dalszej przyszłości pozwoli scenarzyście na swobodę w rozpisywaniu jego nowych przygód. Zadanie stojące przed francuskim scenarzystą oceniłbym jako trudne, ale możliwe do wykonania. Pierwszym krokiem poczynionym przez Dorisona było dokonanie niezbyt długiego, ale jednak, przeskoku w czasie, aby pewne procesy zadziały się poza kadrem. Oczywiście nic nie zostaje ot tak zamiecione pod dywan. Konsekwencje tego, do czego doszło w międzyczasie, śledzimy już w czasie rzeczywistym, natomiast w zupełnie nowej sytuacji wyjściowej, którą należałoby określić jako kryzysową. Skutkiem tego Dorison może łatwiej podporządkować wszystkie otwarte wątki swojej inwencji twórczej. I chociaż czas goni, bo z obleganego Bag Dadhu należy uciec jak najszybciej, narracja nie jest prowadzona nazbyt pospiesznie. Każda z postaci ma czas, żeby powiedzieć, co myśli i co czuje. Poznajemy też wiele odpowiedzi na pytania, które bez odpowiedzi pozostawiał Yves Sente, lecz już w interpretacji Dorisona, podporządkowane jego planowi na ciąg dalszy serii. Wszystko to składa się na obraz spójnej fabuły, w związku z czym "Szkarłatny ogień" czyta się bardzo dobrze, a jego scenarzysta wychodzi z powierzonego mu zadania obronną ręką. Brawo. 

Widać też, że delikatnie wydłużenie objętości albumu przydało się Dorisonowi. Każda plansza i każdy kadr są w pełni wykorzystane. Nie ma tu scenariuszowego wodolejstwa. Natomiast skądinąd wiadomo, że w zasadzie dla niego najlepszym rozwiązaniem byłaby jeszcze większa przestrzeń, która posłużyłaby mu na bardziej wnikliwe studium postaci. Do tego jednak dojść nie mogło. Wydawcy oraz Grzegorzowi Rosińskiemu zależało na tym, by jak najszybciej opuścić Bag Dadh. Dlatego dodatkowe pięć plansz należy rozpatrywać w formie bonusu wydłużającego przyjemność z lektury, natomiast najbardziej cieszyć może fakt, że łączna ilość pięćdziesięciu i jednej planszy okazała się wystarczająca, by posunąć akcję naprzód i doprowadzić do z góry upatrzonego finału. W dodatku należy pamiętać, że im więcej plansz napisze scenarzysta, tym więcej musi ich narysować rysownik. Na marginesie dodam, że "Kah-Aniel" liczył 308 kadrów, natomiast ten album liczy ich 374, z czego 36 na "nadprogramowych" planszach. 

Dla Grzegorza Rosińskiego okres pracy nad "Szkarłatnym ogniem" zbiegł się z chorobą. To jej skutkiem komiks nie został ukończony według pierwotnego planu, co przesunęło premierę o cały rok. Kiedy widzę okładkę, na której uzbrojony po zęby Thorgal stoi na tle zgliszczy potężnego niegdyś miasta, wyobrażam sobie, że Rosiński też musiał odbyć swoją walkę, aby móc ukończyć trzydziesty piąty album z przygodami swojego kultowego bohatera. Mimo tak wyczerpującej próby, polski artysta pozostał mistrzem w swoim fachu. O ile jednak przy okazji recenzji "Kah-Aniela" mogłem napisać, że "niektóre kadry komiksu są przebogate w detale, warte uważnego przyglądania się im pod różnym kątem", to w przypadku "Szkarłatnego ognia" kreska Polaka przechodzi pewnego rodzaju metamorfozę, staje się miejscami bardzo uproszczona, innymi słowy – umowna, szczególnie w przypadku teł. Biorąc pod uwagę fakt, że akcja rozgrywa się w momencie, kiedy wielkie niegdyś miasto leży w ruinach, czemu w zasadzie miałoby służyć ich nazbyt szczegółowe przedstawianie? 

Nawet jeśli w jego kompozycji pojawiają się jakieś niedokładności, a można na takie natrafić w kilku miejscach, nie zaburzają one w żadnym stopniu płynności narracji. W tym tkwi też sedno wolności artystycznej, by podporządkowując sobie to, co dzieje się na planszy, wyeksponować jedne kadry kosztem innych. Dlatego kiedy patrzy się na bardzo szkicowo przedstawiony na planszy siedemnastej obrazek wisielca dyndającego na kawałku tkaniny, można zastanowić się, czy faktycznie jego szczegółowe przedstawienie służyłoby czemuś więcej. Zresztą w tym konkretnym przypadku kadr ów został celowo przerysowany, a wykrzywioną w grymasie bólu twarz trupa z wywalonym na wierzch językiem rysownik zastąpił właśnie takim, przedstawiającym jedynie zarys truchła. Dla mnie o wiele bardziej liczy się, że Rosińskiemu udaje się wyryć na twarzach bohaterów żywe emocje, szczególnie w przypadku Aniela, który targany wewnętrznymi konfliktami bardzo często uzewnętrznią swoje uczucia. A najważniejsze, że wszystko to komponuje się z kwestiami bohaterów rozpisanymi przez Dorisona. Dlatego mogę stwierdzić, że obaj twórcy stworzyli dobrze funkcjonujący tandem. Choć szkoda, że doszło do tego tak późno, w dodatku w albumie tak bardzo zdominowanym przez przemoc, której przejawem jest wylewających się z plansz czerwień. Z drugiej strony szkarłat nie tylko odnosi się w tym albumie do przelanej krwi oraz tytułowego płomienia, lecz również – w moim przekonaniu – silnego uczucia miłości ojca do syna. 

W nawiązaniu do strony graficznej albumu dodam, że cichym bohaterem albumu jest Bag Dadh, miasto zniszczone najpierw w wyniku bratobójczej walki między wojskiem kalifa a Czerwonym Bractwem, a następnie dosłownie zbombardowane przez armię cesarza Magnusa, która ma na swoich usługach najemników z całego świata, nawet z dalekiej Krainy Qa. W związku z przeskokiem fabularnym, nie jesteśmy świadkami wszystkich zniszczeń czynionych w czasie rzeczywistym, ale już na początku albumu naszym oczom ukazuje się miasto niemal zrównane z ziemią, jakże różne od tego, które mogliśmy podziwiać w pełnej okazałości na czwartej planszy "Kah-Aniela". Zniszczenie Bad Dadhu na planszach "Thorgala" przywodzi na myśl to, co stało się z Bagdadem w roku 1256, kiedy mongolska orda Hulagu-chana, wspierana przez armie chrześcijańskie, zdobyła miasto, po czym zrównała go praktycznie z ziemią, mordując w bestialski sposób jego mieszkańców i niszcząc dziedzictwo kultury, jakie znajdowało się między innymi w Domu Mądrości. Podobno wówczas rzeka Tygrys zabarwiła się na czarno od atramentu topionego w nim księgozbioru. W "Thorgalu" wody rzeki spływają nie tylko krwią, ale też ogniem. Jak wiadomo ogień oczyszcza, tylko że należy obchodzić się z nim ostrożnie... 

Trzyletni okres oczekiwania na "Szkarłatny ogień” nie dłużył się może aż tak bardzo ze względu na trzy serie poboczne, których albumów ukazało się w międzyczasie aż siedem (sic!), ale mimo wszystko była to bardzo długa rozłąka z Thorgalem. Moim zdaniem zbyt długa, choć przecież wymuszona chorobą rysownika, na szczęście zakończoną pomyślną rekonwalescencją pacjenta. Jestem zdania, że dla miłośników serii najtrudniejsze w tym wszystkim było i nadal jest oczekiwanie na domknięcie rozbuchanego chyba do granic możliwości cyklu poświęconego Czerwonym Magom. Gdyby nie to, gdyby oczekiwanie na kolejny tom "Thorgala" było oczekiwaniem na kolejną osobną przygodę z jego udziałem, wszystko wyglądałoby zgoła inaczej. Nim jednak taki moment komfortu nadejdzie, czytelnicy muszą pozostać uzbrojeni w cierpliwość i wyczekiwać na kolejne dwa tomy "Kriss de Valnor" oraz jeden tom "Louve", które podprowadzą fabułę pod trzydziesty szósty album serii głównej, w którym dojdzie do zespolenia wątków oraz domknięcia tego jakże długiego rozdziału w życiu rodziny Aegirssonów. Mając na pokładzie drakkara Xaviera Dorisona w roli sternika, trudno wątpić w powodzenie tej misji. A jak przyznaje Francuz, kolejny album będzie czymś w rodzaju "Pięciu tygodni w balonie" Juliusza Verne'a w świecie Thorgala... 

"Thorgal" album 35: "Szkarłatny ogień"
Tytuł oryginalny: Le feu écarlate
Scenariusz: Xavier Dorison
Rysunek: Grzegorz Rosiński
Tłumaczenie: Wojtek Birek
Wydawnictwo: Egmont Polska
Data publikacji: 11.2016
Wydawca oryginału: Le Lombard
Liczba stron: 56
Format: 21,5 x 28,5 cm
Papier: kredowy
Druk: kolor
Oprawa: miękka/twarda
Cena: 22,99 zł/29,99 zł


Komiks można kupić w:
www.sklep.gildia.pl

26 komentarzy:

  1. No uproszczenie kreski jest chyba naturalne i widoczne u wielu rysowników z czasem, spójrzmy np. na Stana Sakai czy Uderzo

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za recenzję. Z niecierpliwością odliczam do daty wydania.... miękkiego. A w sumie to skąd taka rozbieżność dat publikacji? Nie kolekcjonuję wydań albumowych gdyż THORGALE mam od pierwszych wydań KAW-u :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dostępność miękkiej i twardej oprawy to polityka wydawnictwa.

      Usuń
  3. Zatem kiedy 36 tom Thorgala?
    Skoro 2 tomy Kriss przed nami a nie ma jeszcze rysownika dla serii?
    To będą kolejne 3 lata, czyli po 78 urodzinach Rosinskiego? To może być już finalny rzeczywiście album :|

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że kolejny tom "Thorgala" za 2 lata.
      Akurat dwa tomy "Kriss de Valnor" zdążą powstać.

      Usuń
    2. No tak, ale to mimo wszystko późno, dziś trzeba trzymać tempo zwłaszcza jak się brnie w takie ogromne historie. Spin-offy nie trzymają równego poziomu i próżno mnożą n-te przygody. Co będzie z tymi seriami po 36 tomie serii matki?
      Ratunkiem dla serii i posuwającego się w latach mistrza jest pomocna dłoń kogoś młodszego. To brzmi radykalnie, ale sami Rosińscy rozbuchali tą machinę biznesu i albo się jej poddadzą albo przegrają z kretesem. Oczekiwanie 2 lat to dziś zdecydowanie za długo...

      Usuń
    3. Tym bardziej, że do opowiedzenia tej historii w ogóle nie potrzebne były albumy ze Światów Thorgala. I tom 36 raczej tego nie zmieni.

      Usuń
    4. Początkowo były potrzebne ale Sente to zawalił, bez sensu!

      Usuń
    5. Nie czytałem co prawda Szkarłatnego Płomienia ale domyślam się, że na koniec Thorgal wraca powietrznym pojazdem do domu. Jeśli tak - to zjawi się w rodzinnej wiosce praktycznie w dowolnym momencie fabuły - a czy w tym czasie Louve/Kriss przeżyją jedną czy pięć przygód nie ma właściwie to znaczenia. O, po prostu te postacie znajdą się na tyle blisko siebie, że bez problemu można połączyć ich wątki. Do Kriss dojdą nowiny co się wydarzyło w Bad Dadzie (domyślam się, że Aniel wraca na północ, więc Kriss również tam skieruje się), Louve co prawda lata po innych wymiarach, ale przejście aż tak daleko od domu nie jest, coby nie mogła na obiad wrócić, no a Aaricia siedzi w domu. Także nie bardzo widzę twe obawy KJ.

      Usuń
    6. A zetknięcie wszystkich pobocznych serii w tomie 36 to swoisty restart. Albo będą mieli przygody 'wspólne' w jednej linii, ale znów się rozdzielą na spin-offy. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Dobra fabuła jest dobrą fabułą - nieważne czy w wątku głównym czy w spin-offach.

      Usuń
  4. Bardzo dobra recenzja, nie mogę się doczekać lektury. Nareszcie widać światełko w tunelu!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. No ja stawiam, że 36 tom będzie ostatnim namalowanym przez Rosińskiego. Sam mówił, że trzeba oddać pałeczkę, więc pewnie będą powstawać nowe, nikt (le Lombard) nie zabije kury znoszącej złote jajka, no ale to już nie moja bajka.

    W 36 tomie czeka nas chyba ogromna bitwa z siłami Magnusa, no zobaczymy co z tego będzie. No i Thorgal jeszcze nie wie, że jego syn kręci obecnie z Kriss, i czekamy na narodziny kolejnego z rodu Aegirssonów, a Aaricia i Thorgal mają na boku kochanków, także materiał na kolejnych kilkanaście odcinków "mody na sukces" jest ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Przeczytałem jednym tchem! Thorgal inny niż wszystkie!

    OdpowiedzUsuń
  8. Zatem graficznie; bardzo mi się podoba. Późny Rosiński ma naprawdę świetne wyczucie i czuć w tym komiksie emocje. Wady? Są! O ile scena użynanego łba jest fajnie rozwiązana i zgoda, o tyle zbliżenie na wisielca i celowe rozmazanie go to błąd. To jest komiks, to powinno być dosadne!!! A jeśli już chcemy tylko coś zasygnalizować to są inne sposoby. Ten kadr to oszustwo!!!
    Fabuła? Przeczytam całość jak kupię. Po przeglądzie najważniejszych elementów widać, że w komiksie się dzieje. Na plus jest na pewno ewolucja postaci, która wywołała w poprzednim tomie najwiecej kontrowersji!!! Oraz sam motyw religijnego fanatyzmu, który Dorison umiejętnie pokazuje na stronach komiksu!!! Dziwi mnie zaś zakończenie na 51 stronie, jakby nie można było walnąc na 52 stronie jednego kadru, z tym, dowiecie się jak przeczytacie ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja jestem bardzo zadowolony z komiksu. Szkarłatny ogień to wreszcie Thorgal na jakiego czekałem. Sente moim zdaniem zbyt skomplikował fabułę zbyt dużą ilością postaci,miał lepsze momenty jak Statek miecz ale pozostałe jego scenariusze były na poziomie Królestwa pod piaskiem. Dorrison świetnie poradził sobie z ratunkiem dla głównej serii. Thorgal znów jest tym Thorgalem którego znam od lat. Jedyne co nie za bardzo mi się podoba w komiksie to motyw latających okrętów,które Magnus pozyskał od Czamów. Co do rysunków/obrazów Rosińskiego są rewelacyjne, choć nie podobają mi się aż tak bardzo białe "wstawki " kiedy przedstawione są postacie żołnierzy w tle oraz moment ataku Lehli na żołnierza - kiedy jej twarz jest zupełnie inna niż zazwyczaj. Jest to też najkrwawszy jak do tej pory Thorgal ale "odcięcie " się od Sente chyba wymaga nieco więcej upuszczenia krwi ;))). Czekam na kontynuację sagi z niecierpliwością oraz na plany co po 36 albumie.... Nowe/stare serie? Oraz na tytuł kolejnego Thorgala z całego uniwersum. Pozdrawiam ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w kwestii okrętów. Skoro tak dokładnie wszystko opisują, to tej tematyce powinny być poświęcone 4 albumy Światów Thorgala (ale tak naprawdę dobrze że tego nie zrobili, bo jestem zagorzałym przeciwnikiem istnienia serii pobocznych). ;-)

      Usuń
    2. Po 36 tomie Rosińskie będzie w wieku 77/78 lat. Myślę że to będzie ostatni album który namaluje, potem będzie robił tylko okładki do kolejnych tomów rysowanych już przez kogoś innego.

      Serie poboczne zostaną - nie wiem tylko które, na pewno będzie coś nowego, np jak w "XIII" o poszczególnych bohaterach drugoplanowych.

      Usuń
    3. Mnie na początku te latające statki też się nie spodobały. Motyw Qa powinien zostać pozostawiony, a nie nagle najemnicy z balonami atakują Bad Dadh. Ale jest tego mało. I w zasadzie nie ma to większego znaczenia. Poza jednym małym balonem ;) I mogę to wybaczyć Dorisonowi. To się mimo wszystko jakoś trzyma kupy.

      Usuń
  10. Głównie chodzi mi o to, że mądry scenarzysta wplótłby wątki z serii pobocznych do głównego nurtu bez straty dla wszelkiej narracji. No, poza Młodzieńczymi Latami, oczywiście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale jest narobione tych wątków tyle że wplątywać je można kolejnych 10 Thorgali serii głównej zrobić o tych bohaterach!

      Usuń
  11. A na cóż to zachorował Rosiński? Czy sytuacja jest opanowana?

    OdpowiedzUsuń
  12. Wiadomo jaki zeszyt jest następny w kolejce do wydania?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ciekawe pytanie w kontekście tego że Kriss nie ma rysownika a jeszcze 2 tomy mają wyjść przed 36 albumem Thorgala, oraz 1 tom Louve.
      Ale może przekonają (€€€) Romana by jednak tą Kriss rysował, młodzieńcze lata mogą poczekać!

      Usuń