LADY S

wtorek, 17 kwietnia 2018

Recenzja "Lodowego drakkara"

Stąpaniem po wyjątkowo cienkim lodzie nazwałbym wzięcie na warsztat bądź co bądź atrakcyjnego wątku gwiezdnego ludu, ponieważ jest on wewnętrznie sprzeczny u samego Jeana Van Hamme'a. Jak zapewne wszyscy pamiętają, wersja wydarzeń opowiedziana przez Slivię w „Wyspie lodowych mórz” nie znajduje przełożenia na wersję wydarzeń opowiedzianą przez Xargosa w „Talizmanie”. Zmiana ta była wymuszona pomysłem na rozpoczęcie i dramaturgiczne rozwiniecie historii rozgrywającej się w Krainie Qa. Cóż, Yann Le Pennetier wyłożył się na tym temacie jak długi i to od razu na samym początku. A wcale nie musiał. Wymagana była jednak chirurgiczna precyzja, którą dotychczas nie zwykł się posługiwać w tytułach należących do „Światów Thorgala”. Tym oto sposobem „Młodzieńcze lata” przeobrażają się z obiecującego tytułu w swego rodzaju parodię.

Pomijając już samą kwestię tego, że według wprowadzonej przez Van Hamme'a zmiany, Slivia nie powinna znać rodziców Thorgala, ponieważ nie należała do tej samej załogi rozbitków z innej planety, warto przyjrzeć się uważniej temu, jak ta ikoniczna postać została ukazana w tym komiksie i na ile jej wizerunek pokrywa się z tym, jaki znamy ze „Zdradzonej czarodziejki” i „Wyspy lodowych mórz”.‎ O ile jej epizodyczny występ w pierwszym albumie serii poświęconej młodzieńczym latom Thorgala rozbudzał wyobraźnię, o tyle Slivia ukazana w poprzednim albumie, a w szczególności w niniejszym, nie przypomina siebie. To po prostu nie jest ta postać z pierwszych dwóch albumów „Thorgala”. Tylko tak wygląda.

Na początku „Lodowego drakkara” dowiadujemy się, w jaki sposób dumna kobieta z gwiezdnego ludu trafiła do wikińskiej niewoli. Powiedzieć, że scenarzysta nie miał pomysłu na rozwiązanie tej kwestii, to nic nie powiedzieć. W dodatku załatwił sprawę możliwie szybko. Najbardziej bolesna okazała się jednak jego nieumiejętność w nadaniu tej postaci właściwego charakteru. Razi w oczy sytuacja, kiedy tracąc kilku ludzi, Slivia jest gotowa zrezygnować z misji, o której realizację najwyraźniej mocno zabiegała, sprzeciwiając się swym pobratymcom. Misji, od której ma zależeć przyszłość całej kolonii, ba!, całej rasy. Uzbrojona w pistolet i rzekomo obdarzona czarodziejskimi mocami, polega na kilku odzianych w skóry i wyposażonych w oszczepy ludziach. Nie tego należałoby się spodziewać po postaci tego pokroju. Nic nie wskazuje na determinację, dzięki której byłaby w stanie przetrwać dziewięć długich lat w niewoli. Problem w tym, że skoro scenarzysta podjął się dopowiedzenia pewnych rzeczy, musi to robić z wyczuciem. Tymczasem jego wizja wywołuje więcej pytań niż scenariusz Van Hamme'a, który nie miał na celu wyjaśniać wszystkiego, bo najzwyczajniej w świecie nie było to istotne dla fabuły. I tak oto w przedstawionej przez Yanna rzeczywistości aż dziw bierze, że nikt nie przybył Slivii na pomoc, kiedy siedziała zamknięta w jakiejś wieży, tak naprawdę przez nikogo nie strzeżonej. Skoro okazuje się, że tylu innych Atlantów było przy życiu, naprawdę nikt nie wpadł na pomysł, by ją odszukać?

Odkrywanie tajemnicy związanej z ucieczką Slivii po dziewięciu latach niewoli staje się z każdą chwilą coraz bardziej nużące. Chyba każdy spodziewał się, że okoliczność utraty oka będzie związana z jakąś zapadającą w pamięć sceną. Wypada ona dosyć blado, tym bardziej, że Yann wplata w tę historię postaci, które sam wymyślił na potrzeby serii – Aninę oraz jej bliskich. W tym miejscu odniosę się raz jeszcze do samej niewoli, która wygląda przecież na jakąś farsę. Nie sądzę, żeby Slivia dała radę przeżyć w takich warunkach, nawet jeśli regularnie ją dokarmiano. A jeśli już, to wychodzi z więzienia w bardzo dobrej kondycji fizycznej i jedyne, co mogłoby świadczyć, że była więziona, to za długie paznokcie... Choć zabrzmi to nieco sadystycznie, spodziewałbym się raczej, że kobieta była zaszczuta przez ludzi Gandalfa, co spotęgowało jej nienawiść do władcy wikingów.

Użycie pistoletu laserowego we wszystkich albumach napisanych przez Van Hamme'a można by policzyć na palcach jednej reki. Pierwszy strzał oddała Kriss do Vartha. Później pistoletem posłużył się Orgow. Wreszcie pistoletu użył Chryzjos. Slivia strzela w tym albumie na prawo i lewo. Strzela do wszystkiego, co się rusza i stanowi dla niej zagrożenie, co gorsza – najczęściej pudłując. Na sześć strzałów tylko dwa są celne. Posługiwanie się elementami science-fiction bez wyczucia to wyjątkowo tani zabieg. Tym bardziej, że skoro Slivia była nazywana czarodziejką, co wymownie sugeruje tytuł pierwszego albumu „Thorgala”, powinna przejawiać jakiekolwiek nadludzkie moce. Yann zupełnie pominął ten fakt, jeszcze bardziej zubażając tę postać.

Dodam jeszcze, że pistolet, który w poprzednim odcinku odzyskał dla Slivii mały Skald, znajdował się wewnątrz kapsuły ratunkowej, podobnie zresztą jak mnóstwo innych technologicznie zaawansowanych przedmiotów, w tym apteczka. Cóż z tego, kiedy scena z pierwszych stron tego albumu całkowicie do tego nie pasuje. Chodzi o to, że nic nie wskazuje na to, jakim cudem ten pistolet się tam znalazł... bo zaatakowana Slivia upuściła go na ziemię, a ten wpadł do dziury. Nie został przez nią odłożony do szufladki. No chyba, że Yannowi ewidentnie zależy na cudownym pomnożeniu pistoletów i ponownym wprowadzeniu ich do serii. Jeden na pewno trafia w ręce matki Skalda i jestem przekonany, że pojawi się w kolejnym odcinku „Młodzieńczych lat”, a może nawet w „Thorgalu”. Tylko czy tego właśnie potrzebujemy? „Gwiezdnych wojen”?

Yann bez szacunku podchodzi do Atlantów, którzy w „Wyspie lodowych mórz” zostali ukazani jak bogowie siejący postrach na dalekiej północy, ciemiężąc lokalną ludność i stanowiący zagrożenie również dla wikingów z Northlandu. Władcy (fr. Dominants), jak ich zwano, byli dla Slugów postaciami na wskroś tajemniczymi: odzianymi w dostojne szaty i skrywające ich oblicza hełmy. Możemy sobie tylko wyobrażać, że na co dzień posługiwali się rozwiniętą technologią, taka jak chociażby pistolety laserowe czy pasy antygrawitacyjne, mieli też prawdopodobnie rozwinięte zdolności psioniczne. Pamiętajmy, że moce przejawiał Pan Trzech Orłów, który potrafił porozumiewać się ze zwierzętami. Zresztą można założyć, że Slivia również przejawiała taką zdolność, biorąc pod uwagę jej zażyłość z Sharnem. Te wszystkie domniemania opierają się w zasadzie na dwóch sugestywnych kadrach z „Wyspy lodowych mórz”, na których widać kilka takich postaci oraz ich nadzwyczajne statki, napędzane nie wiatrem, a węglem. Niestety w „Lodowym drakkarze” Slivia wygląda na niezbyt charyzmatyczną osobę, a kontrarcha to starszy pan z brzuszkiem, odziany w nazbyt obcisły kombinezon, którego pierwszy lepszy wiking rozdarłby gołymi rękami na strzępy, o ile starszemu panu nie udałby się wyciągnąć na czas pistoletu, ewentualnie posłużyć się jakąś mocą, ale niewiele wskazuje na to, ze ktoś posiada tak rozwinięte zdolności jak Jolan. Owszem, w „Królestwie pod piaskiem” Jean Van Hamme pokazał Atlantów w nieco krzywym zwierciadle, tylko że niestety można odnieść wrażenie, że właśnie na tym albumie bazował Yann, ignorując kluczowe informacje z „Wyspy lodowych mórz”...

Jeśli już jesteśmy przy niszczeniu wizerunku znanych postaci, Yann w popisowy wręcz sposób burzy wizerunek Pana Trzech Orłów. Jak pamiętamy, była to osoba budząca grozę, owiana tajemnicą, wzbudzająca szacunek. Ostatni z Władców, w dodatku mający na swoich usługach trzy drapieżne ptaszyska. No i co? Otóż w jednej ze scen w „Lodowym drakkarze” Pan Trzech Orłów pokazuje swoją twarz. I ma to miejsce w obecności całej załogi statku... Oczywiście okazuje się, że jest dziewczyną z burzą rudych włosów skrywanych pod hełmem. Czy można popełnić większe faux pas? Odnoszę wrażenie, że scenarzysta zupełnie nie wie, co robi, no chyba ze planuje postawienie wszystkich wioślarzy z darakkara przed pluton egzekucyjny, by plotka o ułomności bogów szybko nie obiegła okolic. A przecież wystarczyłoby, gdyby córka porozmawiała z matką w ustronnymi miejscu. Tylko że do tego potrzebna jest świadomość tego, co można, a czego nie można. Krótko mówiąc, znajomość kodu i praw rządzących tym światem.

Zresztą sam tytuł albumu jest też nieco mylący. Zamiast okrętu z prawdziwego zdarzenia, podkreślającego przewagę technologiczną Władców, mamy jakiś zwykły statek, w dodatku wcale nie lodowy. Zgadza się, pod koniec „Zdradzonej czarodziejki” po Slivię przypłynął lodowy drakkar, który nie przypominał łodzi napędzanej nowoczesna maszynerią, ale takie przedstawienie tytułowego statku, z jakim mamy tu do czynienia, to najzwyczajniej w świecie zmarnowanie potencjału.

Krzywdzące jest również, moim zdaniem, przedstawianie w tym komiksie Thorgala. Jeszcze na początku serii był z niego dziarski chłopak, który miał coś do powiedzenia, a jego czyny miały mniejsze lub większe znaczenie dla rozwoju sytuacji. Tymczasem kolejny raz widzimy, że nie ma żadnego wpływu na wydarzenia, nie podejmuje w komiksie ani jednej kluczowej decyzji, a raczej pełni rolę biernego obserwatora, w dodatku wciąż zagubionego, wciąż kogoś szukającego: w poprzednim albumie szukał Hierulfa, teraz szuka Aaricii, namolnie powtarzając, że nikomu nie wolno z tego zrezygnować. Można wręcz odnieść wrażenie, że jest dla scenarzysty kulą u nogi. Co innego, kiedy chodziło o brak charyzmy u Louve. W przypadku Thorgala jest to niewybaczalne! Szczerze, trudno mi sobie wyobrazić, kogo może zainteresować taki protagonista.

Solveig również nie jest tu sobą. Może się powtarzam, ale Yann uparcie i całkowicie bezkarnie zmienia usposobienie znanych i lubianych postaci. Co ciekawe, scenarzysta na cztery pierwsze albumy w ogóle zapomniał o dziewczynce, której obecność u boku Aaricii była bardziej niż oczywista, nawet gdyby nie miała do odegrania jakiejś szczególnej roli. Przypomniał sobie o jej istnieniu w poprzednim odcinku, wprowadzając ją do historii tak po prostu, jak gdyby cały czas była na miejscu, tuż obok, tylko nie mieściła się w kadrach rysowanych przez Romana Surżenkę. W tym kontekście można by było powiedzieć, lepiej późno niż wcale. Problem w tym, że rola, jaką przygotował dla niej Yann, kompletnie nie pasuje do tej postaci. Otóż okazuje się, że Solveig kocha Thorgala, i to od zawsze, co mówi mu wprost, jeszcze wcześniej całując go niespodziewanie w usta. Gdyby był to zwyczajny pocałunek „na szczęście”, dałoby się go wytłumaczyć i nie byłoby nawet tematu. Niejeden taki „niewinny” buziak otrzymał nasz bohater, prawda? Ale mówienie o miłości? Ważkie wyznania, które redefiniują niewinną i szczerą dziewczęcą przyjaźń? Och, jakie go głupie i niepotrzebne!

„Lodowy drakkar” cierpi na brak dobrej fabuły. Tak naprawdę dużo w nim niewiele wnoszących wypełniaczy. Ot, na przykład retrospekcja wydarzeń, które miały miejsce między albumami. Zamiast wpleść je w ciąg fabularny, a najlepiej po prostu streścić w jednym dymku, zostają im poświęcone aż dwie strony. Gdyby jeszcze były one nośnikiem ważnych informacji, rozbudowywały postacie albo miały kluczowy wpływ na interakcje między nimi... Nic z tych rzeczy. Problem chyba w tym, że sam Yann nie wie, o czym chce opowiadać. Albo inaczej, nakreślił linię czasową, po której akcja biegnie od punktu do punktu, ale to, co najważniejsze, nie jest dla niego aż tak istotne. Francuz namnożył postaci, aby przerzucając między niemi kamerę i stworzyć wrażenie pozornego ruchu. Lecz zbyt wiele scen z tego komiksu nie ma najmniejszego sensu, poza wypełnieniem kolejnych plansz: dla przykładu spotkanie Thorgala z Hierulfem, cały wątek wölwy i jej córki. Przecież do rozwinięcia jest tyle ważniejszych wątków. W tym względzie przypomina to poczynania Yvesa Sentego, za którym trudno dziś tęsknić. Efekt pracy miotającego się scenarzysty to zawsze smutny widok.

Dokonując pewnego rodzaju podsumowania, jestem gotów stwierdzić, że chyba największym problemem „Lodowego drakkara” jest to, że z jednej strony jest on za mało spójny dla starych czytelników, którzy pierwsze albumy serii znają prawdopodobnie lepiej od scenarzysty, a z drugiej nieszczególnie interesujący dla młodego pokolenia, które dostaje dużo ciekawsze i dużo mniej pogmatwane fabuły w innych seriach nieobarczonych tak długim stażem. Tym oto sposobem pozostaje sam efekt znajomego i kultowego logo na okładce. I naprawdę fajna okładka!

No właśnie, skuszeni klimatyczną okładką czytelnicy będą zwiedzeni. Losom młodej Slivii poświęcone zostały zaledwie pierwszych pięć plansz albumu. W dodatku w komiksie trudno szukać nad wyraz dumnej i chłodnej kobiety, która została namalowana przez Grzegorza Rosińskiego w mocno opinającym jej ciało kombinezonie, z pistoletem w dłoni. Tym razem scenariusz nie dorównał okładce, która naprawdę się udała i jestem gotów postawić ja na podium spośród wszystkich dotychczasowych okładek albumów wchodzących w skład „Światów Thorgala”.

„Lodowy drakkar” nie jest ostatnim albumem serii. Yann sprytnie, ale na mimo wszystko na siłę, rozwleka cykl o młodzieńczych przygodach Thorgala Agerirssona, dolewając do swoich scenariuszy coraz więcej wody, ale przede wszystkim ignorując treści, których znajomość jest istotna w budowaniu spójnych z całą serią scenariuszy. Trzeba też chyba lubić postać, z którą się pracuje. Tak więc do kultowej sceny z pierścieniami ofiarnymi wciąż daleko. Zastanawiam się, czy zamiast Gandalf Thorgala, Gauthier Van Meerbeck nie powinien przykuć do nich Yanna. Smak soli w ustach bywa trzeźwiący.

"Młodzieńcze lata" album 6: "Lodowy drakkar"
Tytuł oryginalny: Le drakkar des glaces
Scenariusz: Yann
Rysunek: Roman Surżenko
Tłumaczenie: Wojtek Birek
Wydawnictwo: Egmont Polska
Data publikacji: 04.2018
Wydawca oryginału: Le Lombard
Liczba stron: 48
Format: 21,5 x 28,5 cm
Papier: kredowy
Druk: kolor
Oprawa: miękka/twarda
Cena: 22,99 zł/29,99 zł

29 komentarzy:

  1. Czyli dalej jest to coraz bardziej psucie świata Thorgala. Z bólem muszę przyznać, że moje obawy się ziszczają. Okładka świetna, ale ja już nawet dla okładek przestałem kupować poboczne serie.

    Gdyby nie było tu logo Thorgala to sprzedaż pewnie byłaby mizerna i wydawca już dawno zamknąłby tą serię.

    OdpowiedzUsuń
  2. Może jakiś mały wywiad z Rosińskimi, co oni obecnie sądzą o swoim uniwersum.

    OdpowiedzUsuń
  3. Smutne to, tym bardziej że Yann za chwile objawi nam się w 36 tomie serii głównej. Może by poprosili Van Hamme aby to jakoś zkonczył?

    Z drugiej strony czy ktokolwiek z wydawnictwa Le Lombard jest zainteresowany tym, że ta seria upada?

    Rosińscy nie chcą odpowiadać na pytania odnośnie serii spinn-off, w Łodzi w 2017 roku pytania o te serie wyraźnie irytowały Piotra Rosińskiego...

    Co się dzieje zatem???

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja zakończyłem swoją przygodę z "Młodzieńczymi" na poprzednim albumie. W obecny w ogóle nie wchodzę, a te kilka poprzednich już zostało sprzedanych.
    Żałuję tylko, że dałem się wciągnąć na te parę numerów.
    Nadzieja była jeszcze w "Kriss", ale też okazała się porażką. Różnica jest taka, że "Młodzieńcze" to po prostu bardzo słaba seria (od początku), a "Kriss" to seria popsuta i to zdrowo, mimo przebłysków i dobrych momentów.
    Jakoś daje radę 'Louve", w tym sensie, że nie ma kompromitacji. Ma te swoje perypetie w duchu dawnego Thorgala (Thjazi i te sprawy) i jest to dosyć przyjemne, ale jako całość też jest najwyżej "dobre".

    Główna linia to odrębny temat. Kupowana raczej z urzędu bo nikomu po tylu latach nie wypada przerwać kultowej serii, ale te paćki i plamy Rosina są poniżej krytyki. Tyle, że trzeba odwagi by krzyknąć, że "król jest nagi". A tej brak, zwłaszcza publicznie.

    Reasumując leci w dół to wszystko na pysk i to nie od dzisiaj. Dla mnie Thorgal to ORBITA. Od Egmontu równia pochyła. Pytanie, jak długo to jeszcze potrwa ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Louve nie ma kompromitacji? A romans Aaricii, który w jest absolutną niemożliwością dla tej postaci? A nachalnie, na siłę wciskany rozdźwięk między matką a córką? Przecież Louve od początku to totalna tragedia - same przygody bywają i ciekawe, ale ich otoczka...

      Usuń
    2. Ze spin-offów to właśnie Młodzieńcze Lata były najbardziej równe. Do tego albumu nic nie zapowiadało porażki.

      Usuń
  5. Oj mocna recenzja, mocna... Ja Lodowego Drakkara nie oceniam źle, być może przez pryzmat Slivii - najsłabszego albumu z wszystkich serii. Tutaj wreszcie coś się dzieje, a wydarzenia naprawdę potrafiły mnie zainteresować. Inną sprawą są nieścisłości, lecz to nie pierwszy i zapewne nie ostatni komiks z uniwersum, który powstaje bez 100%-wej znajomości świata. Chyba się już do tego przyzwyczaiłem. :-( Zakończenie daje nadzieję na w miarę ciekawe dwa (tak przypuszczam) albumy, które ostatecznie zamkną tą serię. Reasumując - gorzej nie będzie, bo jeśli tak, to chyba już by było, nieprawdaż? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Slivia" to był album nudny. Nieciekawy.
      "Lodowy drakkar" to album rażący nieścisłościami.
      A ciąg dalszy? Yann może jeszcze napisać jakąś ciekawą historyjkę, wszystko możliwe.

      Usuń
  6. Jakub Thorgalverse powinien domagać się jakiegoś porządnego wywiadu z Rosińskimi: co zrobiliście z tą serią???

    OdpowiedzUsuń
  7. Rosiński ewidentnie ma lewicowe poglądy. Mimo swojego wieku a może wręcz jemu na przekór, zdaje się podążać nowymi, niezrozumiałymi ścieżkami, zaprzeczając tradycji. Dobierając scenarzystów których celem jest szokować i bawić się ustalonym dotąd porządkiem. Nie wiem dlaczego ale cały czas takie właśnie odnoszę wrażenie. Że i Rosińskiego ta zabawa wciągnęła. Tyle że my, wierni fani po prostu nie odnajdujemy się w nowej konwencji. A Rosiński jakby się wstydził i celowo odżegnywał od tego co było fundamentem historii stworzonej przez Van Hamme ale także i przez Niego samego. Wstyd i przykro że czytamy Thorgala bardziej z przyzwyczajenia niż z pasji. Pewnie Rosiński chciał dać powiew świeżości ale to wręcz profanacja wielkiego dorobku i wielkiej historii...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grzegorz Rosiński ma normalne poglądy anty-socjalistyczne i daje temu wielokrotnie wyraz, w ostatnich latach. Reszta jego poglądów jest normalna i raczej nie ma wpływu na Thorgala. Proszę nie pytać jakie poglądy ma Jean Van Hamme. Seria Thorgal powstała jako seria, która miała przejść przez cenzurę PRL, bez żadnych trudnych tematów, bez nawiązań politycznych itd. Ale Van Hamme też stawiał naszego bohatera w moralnie dwuznacznych sytuacjach - tylko robił to umiejętnie - stosując swój kunszt scenarzysty z finezją, a nie jak robią to panowie Sente czy Yann jak słonie w składzie porcelany! Co ciekawe Thorgal dla Van Hamme'a nie stanowił bardzo istotnej serii, on pisał go jakby na boku swoich zainteresowań. Mam na myśli gatunek politycznego-kryminału jak XIII czy Largo Winch. Zatem niestety to tamte serie były oczkiem w głowie twórcy Thorgala...

      Usuń
    2. Serio Thorgal powstawal tak, zeby przejsc cenzure? Bez ataku, po prostu pytam, bo nie wierze w to, co czytam.

      Usuń
    3. Nie rozumiem o co Ci chodzi Izabelo kiedy czepiasz się rzekomych lewicowych poglądów Rosińskiego. Dla mnie są one zdecydowanie za mało lewicowe (lewica nie równa się komunizm, tak do Twojej wiadomości). Czego się spodziewałaś, że p. Rosiński zacznie w duchu sekty pislamskiej uskuteczniać jakieś prawowierne mrzonki pochwały rodziny? I tak jeszcze za czasów van Hamme'a Thorgal jako seria zaczął stawać się autoparodią (okolice albumu Klatka a nawet wcześniej, tak jak ktoś wyżej napisał od 'ery Egmontu' zaczęło się dziać źle). No bo kiedyś trzeba wybrać, albo przygody albo rodzina, a takie życie na walizkach miotanie się po świecie bez celu i pływanie z kąta w kąt z trzódką dzieci i wieczne skargi Aaricii irytowały chyba wszystkich czytelników od pewnego momentu. Albo robimy fantasy albo przedszkole.

      Co do Rosińskiego to on miał wybór: kończyć serię jak van Hamme i pójść na emeryturę (bo scenarzystą żeby sam sobie coś wymyślić, to przecież nie jest, niestety) albo kontynuować dając się wieść młodym "zdolnym" scenarzystom i mając nadzieję na to że jakoś. Wybrał to, co by wybrało 99% rysowników w jego sytuacji. Jeżeli kogokolwiek dziwi jeszcze ten fakt albo to że Rosiński "nabiera wody w usta" gdy pytają go o spin offy.... To taka zdziwiona osoba chyba nie ma kontaktu z rzeczywistością. No wyobraźcie sobie czy zasłużony pracownik słynnej firmy architektonicznej będzie otwarcie krytykował pracę innych architektów tej firmy, choćby nawet miał do niej duże zastrzeżenia? Logika, ludzie. Instynkt samozachowawczy to się nazywa. Jak zaczniecie kiedyś pracować w zespole z innymi ludźmi i bedziecie mieli szefa nad głową, to zrozumiecie o czym mowa.

      To że czytamy Thorgala z przyzwyczajenia bardziej niż z pasji (ci którzy nadal czytają! ja niestety odpadłem jeszcze pod koniec stażu van Hamme'a) to jest smutne, ale tak właśnie działa to na zachodzie, w tych cywilizowanych krajach pierwszego świata (jakim nasza Ojczyzna chyba niestety nigdy się nie stanie) gdzie istnieje rynek komiksowy - Francja, Belgia, USA. Chyba większość bestsellerowych seri ma swoje spin offy. Osobiście nie lubię tego zwyczaju ale nie można być naiwnym i trzeba też zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Trudno się dziwić że autor czy zwłaszcza wydawca nie chce ubijać gęsi znoszącej złote jaja. No jeżeli po tylu latach serii prawie 40 albumach nawet wątły scenariuszowo nowy Thorgal ma powyżej 200 tys nakładu w samej Francji i nadal plasuje się w czołówce bestsellerów komiksowych, to chyba odpowiada na wszystkie możliwe pytania, prawda?

      Usuń
  8. Bardzo celna recenzja. Dodajmy jeszcze, że scenariusz musiał zostać zaakceptowany przez Rosińskiego co potwierdza pewną oczywistość, że seria jest już tylko biznesem.

    OdpowiedzUsuń
  9. Mocna recenzja, trafiająca w punkt

    OdpowiedzUsuń
  10. Zgadzam się w pełni z autorem tej recenzji. Ze swojej strony chciałabym dodać, że obserwuje w światach Thorgala wzrost przemocy i złego języka na skalę jakiej nigdy do tej pory nie było. To już nie jest komiks, który mogłam spokojnie podsunąć mojemu nastoletniemu dziecku. Co ciekawe młody jest wielkim fanem albumow napisanych przez Van Hamme'a. Pytanie więc do kogo właściwie dziś kierowany jest komiks Thorgal?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest komiks kierowany do nastoletniej młodzieży. Takie są standardy rynku francuskiego, w Thorgalu i tak mało jest przemocowych i wulgarnych scen w porównaniu do innych komiksów francuskich dla młodzieży...

      Usuń
    2. Co też Pani opowiada z tym wzrostem przemocy w nowych Thorgalach? Gdzie Pani ma tą przemoc? Miała Pani w dłoniach "Wilczycę" bądź "Łuczników" czy cykl Qa? Miniusem dzisiejszego Thorgala jest właśnie zbytnie wyłagodzenie, że o scenariuszu nie wspomnę bo ten jest największym minusem.

      Usuń
  11. Przykro to mówić ale znowu słabszy album...najbardziej bolą nieścisłości z główna serią oraz zmiana charakterów postaci. Co do tego że Slivia przyleciała później i nie znała rodziców Thorgala niekoniecznie bo mogła ich poznać albo o nich znać historie. Thorgal nie urodził się od razu po lądowaniu statku tylko raczej po wielu latach- Xargos miał już swoje lata jak spotkał się z Thorgalem w Gwiezdnym Dziecku, córka Slivi mogła również zdjąć chełm chcąc przywitać się z matka po latach bo jeśli ma moc to może wpłynąć na pamięć Slugów tak jak to zrobil Xargos z Thorgalem...Ja żeby nie znienawidzić niektórych albumów czytam serie osobno bez łączenia wątków spróbujcie przeczytać osobno wszystkie po koleji albumy z Kriss Louve lub Mlodziencze wtedy są ok. Wystarczylo by żeby Sente czy Yann skontaktowali się z dowolnym czytelnikiem Thorgalverse i nie było by tych wpadek, taka nieprecyzyjność wychodzi w świecie Marvela tu boooooliiiii...no ale cóż kupię kolejne :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiesz, ale te serie nie powstały po to aby czytać je oddzielnie. To powinno być duże, spójne uniwersum.

      Usuń
    2. Endriu - geneza Thorgala jest już niespójna u samego van Hamme'a. To co zostało przedstawione w Wyspie Lodowych Mórz nijak nie zazębia się z historią znaną z Gwiezdnego Dziecka. Tego nie da się rozwiązać dobrze. Można tylko próbować tego nie spieprzyć jeszcze bardziej. Tu się niestety nie udało.

      Usuń
    3. Van Hamme celowo pominął kwestię Slivii w "Królestwie pod piaskiem", bo wiedział, że obnażyłby tę niespójność.

      Usuń
    4. Dodam też, że owszem "jeśli [córka Slivii] ma moc, to może wpłynąć na pamięć Slugów", ale to się nie zadziało, więc jest niespójność...

      Usuń
  12. Jestem dokładnie tego samego zdania ale jako mega fan Thorgala szukam pozytywów 😋Takie błędy w scenariuszu są zupełnie niejasne. Scenarzysta, który przejmuje serie powinien być w niej obeznany. Z chęcią przeczytał bym artykuł o tym jakie są niejasności w seriach o Thorgalu. Takie niejasności mógłby próbować naprawić Yann tworząc albumy wyjaśniające niektóre kwestie sporne lub dziwne zachowania głównych postaci. Gdyby nagle okazało się że zdrada Aaricii i Thorgala spowodowana jest przez knowania np Lokiego, który w jakiś sposób mści się ze swojego więzienia za to, że Jolan pokonał go w Asgardzie było by to dla fanów zrozumiałe a tak wszystko na odwrót....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnych niejasności nie da się wyjaśnić, można jedynie przyjąć jedną wersję jako kanon. Np. w jednym albumie jest wspomniane, że matka Aarici umarła przy porodzie, w innych albumach - że jak miała już ładnych parę lat. I co? Każdą taką sprzeczność tłumaczyć utratą pamięci/rzuceniem czaru/przejęzyczeniem? Też by było sztuczne - lepiej już jednak machnąć na to ręką i nie brnąć dalej. Aaricia zdradziła Thorgala - niech już będzie, ale niech ten wątek zakończy się satysfakcjonująco przeprosinami (jak to miało miejsce w Klatce).

      Usuń
  13. Chyba rzeczywiście trzeba się pogodzić z pewnymi błędami i liczyć że w przyszłości będzie lepiej. Myśle że rozmowa z Rosińskim i Rosińskim powinna bardziej dotyczyć przyszłości czyli jakie serie zostaną utrzymane po 36 albumie serii głównej. Na pewno Młodzieńcze Lata a jak inne?

    OdpowiedzUsuń
  14. Ha, widzę że bez litości zatopiłeś ten cały lodowy drakkar razem z załogą, ale chyba nawet sternik-kapitan czyli Yann nie mógły protestować i argumentować przeciwko tak drobiazgowej wnikliwej recenzji i przedstawieniu szeregu argumentów.

    Znając jedynie pierwszy album spinoffu z Kriss de Valnor (na który zareagowałem negatywnie) byłem bardzo ciekawy jak prowadzona jest seria Młodości Thorgala, jak wypadła Slivia i w ogóle jak całe Thorgalverse się prezentuje na chwilę obecną. Obraz jaki się wyłania z Waszych recenzji i komentarzy jest wręcz dramatyczny. Jeszcze do pewnego stopnia bym zrozumiał że ten czy tamten album ma zły scenariusz w końcu to się i samemu van Hamme'owi zdarzało. Ale nieścisłości i fabularne przekłamania, zmiany charakteru postaci aby tylko zaskoczyć za wszelką cenę to już wg mnie jest nie do wybaczenia, świadczy o braku szacunku dla czytelników.

    Przykro mi tym bardziej że Slivia od czasu pamiętnego pierwszego albumu jest obok Strażniczki Kluczy moją ulubioną postacią kobiecą z serii (Kriss na 3 miejscu dopiero bo jednak to zołza nieprzeciętna, Aarcia na samym końcu niestety na skutek sukcesywnego i karygodnego wywabiania z jej postaci osobowości pod koniec stażu van Hamme'a).

    No trudno osobiście uważam że sęrię należało zakończyć godnie gdzieś w okolicach 20 a maksymalnie 25 albumu po wątku Shaigana, ale jest jak jest... Rozmienia się to wszystko na drobne, odcina się kupony ale mimo spadku jakości nadal sprzedaje się bardzo dobrze. Dopóki fani we Francji i Belgii dalej będą chcieli kupować to wydawca dalej będzie budował takie drakkary z Thorgalverse choćby nawet nie wiadomo jak dziurawe i niedorobione.

    OdpowiedzUsuń