EPOXY

wtorek, 18 października 2011

Recenzja książki "Thorgal. Dziecko z gwiazd"

Nie sposób mi ukryć, że to nieobce nikomu wątpliwości dotyczące wszelkiego rodzaju adaptacji stawiają w trudnym położeniu obronę pomysłu przeniesienia świata wykreowanego na planszach kultowego komiksu na kartki książki. Po pierwsze, czemu ma taki zabieg służyć? W zasadzie jest to pytanie retoryczne. Po drugie, wcale nie jest to takie proste zadanie, jak mogłoby się wydawać. O ile warstwę dialogową można bez trudu przetransponować z jednego medium na drugie, o tyle zamiana obrazu na jego opis może być wyczerpująca, nawet dla wyrobionego pisarza. Pozostaje również kwestia spójności, to znaczy ewentualnych zmian w opowiadanej na nowo historii, czy poszerzenia tego, co znalazło się w komiksie – chociażby o przemyślenia bohaterów. Jak sugeruje zapowiedź książki "Thorgal. Dziecko z gwiazd", mamy do czynienia z przygodami tytułowego bohatera wzbogaconymi o "nowe, nieznane dotąd wątki". Niestety chodzi również o ingerencję – znaczną – w oryginalny materiał. Efekt rozczarowuje. A uprzedzenia wcale nie grają w tej opinii największej roli.

Jak nie trudno się domyślić, w omawianej książce francuska pisarka Amélie Sarn przedstawia dzieciństwo Thorgala: od momentu, kiedy Leif Haraldson odnalazł tratwę ratunkową z noworodkiem na pokładzie, do momentu, gdy dorośli Thorgal i Aaricia postanawiają opuścić rodzinną wioskę. W skrócie, są to epizody zaczerpnięte z albumów "Gwiezdne dziecko", "Aaricia", "Zdradzona czarodziejka" oraz "Wyspa lodowych mórz". Już na wstępie warto zaznaczyć, że – według zapowiedzi – zostały one uzupełnione o nieznane dotychczas losy małego Thorgala, między innymi poruszona została kwestia jego relacji z przybraną matką. W myśl zasady „tu się doda, tam się odejmie”, w książce nie znajdziemy motywów zawartych w komiksowych historyjkach "Talizman" czy "Góra Odyna". Jakby tego było mało, niektóre wydarzenia zostały przedstawione w inny sposób, niż w komiksie, co ma swoje następstwa w zupełnie odmiennej ich interpretacji. Na przykład śmierć Leifa Haraldsona powiązana została z planem przejęcia władzy przez Gandalfa Szalonego, ponadto swoją rolę odgrywa w tym Slivia.

Co rzuca się na pierwszy rzut oka podczas lektury, to fakt, że adaptacja pozbawiona jest plastyczności w przedstawieniu opisu wydarzeń czy zarysu charakterystyki postaci. Uważam, że komiksowe kadry narysowane przez Grzegorza Rosińskiego mogły, czy też powinny, posłużyć powstaniu pobudzających wyobraźnię czytelnika opisów przyrody. Oczywiście byłoby nie lada wyzwaniem, ale dlaczego pójście na łatwiznę miałoby być akceptowalne. W tymi miejscu nie zgodziłbym się na kontrargument sugerujący, że mamy do czynienia z książką dla młodszego czytelnika, a w związku z tym szkoda miejsca na „nieciekawe dłużyzny”. W każdym bądź razie na podstawie opisów z książki, bez podparcia się tym, co znajdziemy w komiksie, nawet bujnej wyobraźni dziecka trudno byłoby odtworzyć krajobrazy Northlandu czy też przedstawić sobie podobizny postaci. Jednym słowem autorka wykazała się niedbalstwem, jeśli chodzi o opisy sytuacji i tak dla przykładu znamienna scena ukazująca rozcięcie policzka przykutego do skały Thorgala przez Gandalfa Szalonego nie zawiera w swoim opisie, który policzek bohatera został rozcięty, co miałoby za zadanie służyć przedstawieniu znaku szczególnego tej postaci. Co więcej, jakiś czas potem okazuje się, że Thorgal nosi bliznę na lewym (sic!) policzku. Nie posądzając tłumaczki o błąd (chociaż nic nie jest wykluczone), uważam, że jest to niedopuszczalne wręcz niedopatrzenie ze strony autorki, naruszające rozpoznawalny image głównego bohatera. Miast tego wielokrotnie przeczytać możemy o bliźnie, jaką Thorgal nosi na brzuchu – pamiątce po walce z wężem Nighoggiem.

Największa moja uwaga wobec autorki to jednak tendencja do konfabulacji, które, co gorsza, pozostają w sprzeczności do rzeczywistości przedstawionej w komiksie. Otóż Amélie Sarn pozwoliła sobie na dopisywanie wątków, które kłócą się z tym, co przed laty opowiedział Jean van Hamme. W oko wpaść mogą takie pozornie mało znaczące detale, jak to, że gigant Hjalmgunnar jest rzekomo jednym z wielu gigantów, którzy polują na krasnale, jednak brak spotkania dziesięcioletniego Thorgala z Xargosem zupełnie zaburza kontinuum ukazane w serii komiksowej. Tym oto sposobem, zamiast skupić się na tym, co przed laty napisał belgijski scenarzysta, francuska pisarka sili się na ułożenie zdarzeń według własnego pomysłu oraz na ich powiązanie związkami przyczynowo-skutkowymi, jakie są niekoniecznie do zaakceptowania przez zaznajomionego z oryginalną fabułą czytelnika.

Co gorsza, kreowany przez Amélie Sarn Thorgal wykazuje cechy charakteru, o które nie sposób było go posądzić czytając komiks. Aż trudno uwierzyć, że pisarka wpadła na taki, a nie inny sposób interpretacji zachowań bohatera, czy też motywacji, które nim kierują. Nigdy nie podejrzewałbym, że jako dziecko Thorgal mógł być agresywny wobec innych dzieci, nawet jeśli dokuczano mu z powodu tego, że był obcy. W moim odczuciu zdecydowanie podważa to kreację postaci zrodzonej w wyobraźni van Hamme'a.

Jedna z moich pierwszych refleksji na temat książkowej adaptacji "Thorgala" dotyczy potencjalnego filmu opartego na serii van Hamme'a i Rosińskiego. Gdyby taki film powstał, już teraz widać, że osoba odpowiedzialna za scenariusz mogłaby chyba sobie na wiele pozwolić. Niestety nie rokuje to najlepiej.

A jednak na dzień dzisiejszy istotniejszym pytaniem, jakie warto sobie postawić przy okazji tej publikacji to sens rozbudowania uniwersum "Thorgala", by za wszelką cenę utrzymać jego markę na rynku – drenując go w poszukiwaniu nowej grupy odbiorców. Owszem, wygląda na to, że z "Thorgala" dałoby się zrobić serię książek (pomijając pytanie, po co, pomijając fakt, że taka seria już powstaje), natomiast wymagałoby to zdecydowanie większych nakładów pracy niż te, które w proces powstawania omawianej książki włożyła jej autorka. Ciekawe, a jednocześnie niepokojące jest to, jak do fabuły niniejszej powieści odniosą się scenarzyści, którzy w ramach "Światów Thorgala" mają opowiedzieć o młodości Thorgala. Amélie Sarn wkroczyła na niezbadane dotychczas wody jako pierwsza, na tyle nieostrożnie, że zmąciła ich powierzchnię.

Najważniejsze jest jednak to, że czytelnik dostaje do ręki produkt, który mając u swoich podstaw dzieło bardzo dobre, sili się na wprowadzenie jak najwięcej odautorskich zmian, a jako że nie zostało to podparte warsztatowo skutek jest mizerny.  Na ten moment książka, którą odstawiam z niesmakiem na półkę, cieszy mnie jedynie okładką – specjalnie na tę okazję namalowanym przez Grzegorza Rosińskiego obrazem.


"Thorgal. Dziecko z gwiazd"
Tytuł oryginału: "L'Enfant des étoiles"
Autor: Amélie Sarn
Tłumaczenie: Joanna Schoen
Wydawca: Egmont Polska
Data publikacji: 09.2011
Wydawca oryginału: Milan Presse
Rok wydania oryginału: 10.2009
Liczba stron: 280
Format: 14x28 cm
Oprawa: miękka/twarda
Cena: 29,99 zł/39,99 zł

4 komentarze:

  1. O boze. Dzieki za recenzje, bo zastanawialem sie czy nie siegnac po ta ksiazke - teraz juz mam odpowiedz. Jak widac autorka nie ma pojecia o serii; pewnie kupila pare albumow swojemu dziecku i stwierdzila ze sama moze rownie dobrze cos takiego napisac...

    OdpowiedzUsuń
  2. ...ale co gorsza - kto jej pozwolil to zrobic??

    OdpowiedzUsuń
  3. e, teraz już wiem, czy kupić, czy nie. dzięki.

    OdpowiedzUsuń
  4. Lektura lekka, łatwa i przyjemna, dostałem od Mikołaja i przeczytałem w 1 wieczór. Plastycznie napisana, w sam raz na zabicie nudy. Oczywiście nie umywa się do komiksu ale i tak warto kupić. Dla fanów pozycja obowiązkowa.

    OdpowiedzUsuń