EPOXY

czwartek, 14 listopada 2013

Wywiad z Arturem Szrejterem

Artur Szrejter od wielu lat współpracuje z wydawnictwem Egmont Polska jako redaktor licznych serii komiksowych, w tym "Thorgala". Z wykształcenia archeolog, ma na swoim koncie kilka książek popularnonaukowych związanych z mitologią germańską: "Mitologia germańska. Opowieści o bogach mroźnej Północy", "Demonologia germańska. Duchy, demony i czarownice" oraz "Bestiariusz germański. Potwory, olbrzymy i święte zwierzęta". Ostatnio wydaną przez niego publikacją książkową jest "Wielka wyprawa księcia Racibora. Zdobycie grodu Konungahela przez Słowian w 1136 roku". W Instytucie Wydawniczym Erica pełni zresztą funkcję redaktora prowadzącego i merytorycznego książek historycznych. Artur zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań związanych z "Thorgalem", jak również ze swoją pasją dotyczącą kultury germańskiej.

Czy mógłbyś opowiedzieć, na czym polega Twoja praca nad redakcją albumów z serii rozgrywających się w świecie Thorgala?
 
Ogólnie rzecz biorąc na tym samym, co w przypadku pracy nad komiksami z innych serii czy nad książkami tłumaczonymi z obcych języków: na dostosowaniu produktu literackiego stworzonego w innej strefie kulturowo-językowej do wymagań obowiązujących w naszej strefie. Już tłumaczę, o co chodzi.

Zadanie redaktora polega zarówno na uzyskaniu przynajmniej przyzwoitej jakości językowej przekładu, jak też na wspólnym z tłumaczem (w przypadku serii "thorgalowych" – Wojtkiem Birkiem) ustalaniu spraw merytorycznych zawartych w tekście. Ktoś może zapytać: co tłumacz i redaktor mają do powiedzenia w sprawie merytoryki opowieści, która już jest gotowa? Wszak powinni ją tylko przetłumaczyć i doprowadzić do stanu, aby tekst dobrze czytał się po polsku. Sprawa nie jest jednak tak prosta – nasza praca polega także na kwestiach równie ważnych jak jakość językowa: na dostosowania tekstu napisanego we francuskojęzycznym kręgu kulturowym do odbioru przez czytelników z naszego kręgu (często jest to trudne, bo mentalnie, kulturowo, doświadczeniem historycznym i wieloma innymi kwestiami mającymi przełożenie na język, także komiksowy, bardzo różnimy się od Francuzów, a w efekcie trzeba używać innych obrazowań do zrozumiałego przekazu określonych treści; w semiotyce określa się to przełożeniem kodów kulturowych) oraz na "wyprostowaniu" różnego rodzaju przeoczeń i błędów językowych, logicznych czy merytorycznych autora scenariusza, których nie wychwycił redaktor francuski. Zarówno Wojtek Birek, jak i ja jesteśmy wyczuleni na tego typu sprawy, gdyż od lat zajmując się tekstami frankofońskimi, znamy przyzwyczajenia językowe i uproszczenia stosowane przez autorów z tamtej strefy oraz popełniane przez nich typy błędów. Staramy się więc je odnajdywać i poprawiać lub łagodzić. Czasem jednak poprawa nie jest możliwa, gdyż wiązałaby się ze zbyt dużą ingerencją w tekst pierwotny, albo też błąd scenariuszowy przekłada się na wygląd rysunku, którego przecież nie zmienimy. Dlatego zdarza się, że jesteśmy zmuszeni do pozostawieniu różnego rodzaju "kwiatków", z których potem śmieją się czytelnicy. Niektórzy nawet zrzucają te błędy na tłumacza lub redaktora polskiego... 

Przed laty, kiedy byłem stałym pracownikiem Egmontu, moje obowiązki redaktora odpowiedzialnego za produkt były znacznie szersze, obejmowały wiele kwestii związanych z przygotowaniem komiksu do druku, nadzorem nad etapami jego produkcji itd. Dziś jako wolny strzelec zajmuję się tylko redakcją i współpracą z tłumaczami, odpowiadam więc jedynie za własną pracę i własne błędy, co mi bardzo odpowiada.

A właśnie: nadal redagujesz dla Egmontu różne komiksy, w tym wszystkie albumy ze świata Thorgala, ale Twoje nazwisko nie figuruje w ich stopkach. Dlaczego?

Od lat w komiksach Egmontu podawany jest w stopce tylko zatrudniony na stałe w wydawnictwie redaktor odpowiedzialny za dział komiksowy.

Jak w ogóle wygląda praca nad redakcją komiksu?

Najpierw wybiera się album (lub całą serię) i powierza tłumaczowi, który zna się na tego typu historiach, aby zastosował słownictwo i rozwiązania merytoryczne właściwe dla, na przykład, hard science fiction czy fantasy historycznej. Potem przekład przechodzi redakcję językową i merytoryczną w porównaniu z oryginałem. Później tekst wraca do tłumacza, aby ten stwierdził, czy zgadza się z poprawkami redaktora – wtedy ma też możliwość wprowadzenia własnych zmian i uzupełnień. Dalej następuje druga redakcja tekstu. Jeśli w jej trakcie dochodzi do kolejnych poważniejszych poprawek, są one ponownie uzgadniane z tłumaczem. Wymienione etapy dokonywane są w pliku komputerowym, gdyż od dawna staramy się unikać ton papierowych wydruków. Potem komiks idzie do "złamania" – w studiu za pomocą odpowiednich programów komputerowych teksty wlewa się do dymków, plansze przystosowuje się do wyznaczonego formatu, przygotowuje się polską wersję stron redakcyjnych i okładek. Dopiero wtedy robi się wydruk, na którym "namacalnie" widzimy efekt połączenia obrazków z dymkami już wypełnionymi polskim tekstem – czyli mamy do czynienia ze składem. Wydruk idzie do korekty, aby korektor sprawdził, czy należy coś zmienić w interpunkcji, czy nie ma literówek albo jeszcze jakichś błędów językowych, czy teksty zostały prawidłowo wlane do dymków, czy użyto odpowiednich fontów, czy format jest dobry. Studio wprowadza ewentualne poprawki, a efekt jeszcze raz ogląda korektor lub redaktor. A później plik zostaje przesłany do drukarni. Przed ukazaniem się komiksu drukarnia przysyła do redakcji ozalid, czyli próbny wydruk, który po raz kolejny zostaje sprawdzony. Jak z tego widać, redakcja i korekta to nie szybkie przeczytanie tłumaczenia i pospieszne oddanie go do druku, tylko długi, wieloetapowy proces.

Pamiętasz swój pierwszy kontakt z "Thorgalem"?

Oczywiście, choć miałem bodajże ledwie siedem lat, kiedy pod koniec lat 70. pierwszy album tej serii zaczął się ukazywać w odcinkach w miesięczniku "Relax". Na szczęście mama kupowała mi wszystkie "Relaksy", więc nie mogłem przegapić pojawienia się Thorgala na łamach tego niezwykłego – jak na tamte czasy i tamtą Polskę – czasopisma. Byłem zachwycony "Thorgalem" – po raz pierwszy na przemawiających do wyobraźni rysunkach zobaczyłem świat wikingów: ośnieżone góry pełne olbrzymów i karłów, drakkary, magiczne pierścienie... Byłem wówczas za mały, by znać "Władcę Pierścieni", a inne książki fantasy (nie mówiąc już o komiksach) nie istniały na polskim rynku – opowiadań Roberta Howarda jeszcze nie przetłumaczono, a i na przekład "Czarnoksiężnika z Archipelagu" Ursuli Le Guin trzeba było poczekać kolejnych kilka lat. Z komiksów znałem oczywiście "Kajka i Kokosza" ze "Świata Młodych", jednakże była to opowieść robiona z przymrużeniem oka i dla dzieci (to znaczy, wtedy myślałem, że jest dla dzieci – dopiero po latach dostrzegłem w niej poukrywane treści dla dorosłych :)). A tutaj, w "Relaksie", dostałem historię fantasy (oczywiście, tego terminu jeszcze nie znałem, w ogóle mało kto go znał w Polsce końca lat 70.) na poważnie. Krew lała się naprawdę, a realia świata były tak ukazane, że aż zimno mi było, gdy oglądałem obrazki pokrytych śniegiem skandynawskich gór. Ukazane tam stwory z mitów Północy wydawały mi się straszniejsze niż ich pierwowzory, o których czytałem wcześniej w nielicznych na polskim rynku książkach popularnonaukowych o świecie wikingów, na przykład w "Herojach Północy" Jerzego Rosa. Niewątpliwie kontakt z "Thorgalem" był dla mnie przejściem do innego świata. Co więcej – "mojego" świata (bo czułem, że jest mój, pasuje mi jak żaden inny), łączącego historię i wierzenia strasznych wikingów z czymś, czego jako dziecko nie potrafiłem nazwać, ale wyczuwałem w tym nową jakość. Tą nieuświadomioną wtedy jakością była, rzecz jasna, stylistyka fantasy. Właśnie jej czar był potrzebny, aby cudownie ożywić historię i religię dawnych ludów w sposób, który przemówił do mnie wtedy z ogromną siłą. I przemawia do dziś.

Jaki jest Twój ulubiony album serii? I dlaczego?

Obawiam się, że nie mam jednego ulubionego. Kiedyś bardzo mi się podobał album o dzieciństwie Thorgala – być może dlatego, że był napakowany cudownościami, postaciami z mitologii, potworami. Niewątpliwie do dziś najlepiej pamiętam pierwsze odcinki serii, czyli te pokazujące świat wikingów, jakim go sobie wyobrażali twórcy serii – surowy, niebezpieczny, pełen tajemnic z dawnych czasów (w kolejnych tomach doprawiono go elementami późnośredniowiecznymi, które już mniej przypadły mi do gustu). Z kolei "trylogia amerykańska" podoba mi się dlatego, że ma największy "oddech" – to zapis długiej podróży po krainie nieznanej, a więc rojącej się od zagadek. Lubię również fragmenty sagi pokazujące dawniejsze okresy życia Kriss, szczególnie ten, w którym przeżyła przygodę wśród pradawnych Kaledończyków.

Nie jestem więc w stanie wskazać jednego albumu, ale wiem, co łączy wymienione przeze mnie przygody: tym wspólnym elementem są fascynujące tajemnice dawnych czasów. Właśnie tajemnice przeszłości – pod warunkiem, że są umiejętnie ukazane – najbardziej mnie pociągają. Bez nich opowieść fantasy staje się sztampową opowiastką klasy B, przynajmniej ja tak sądzę.

Jak myślisz, co takiego sprawia, że "Thorgal" jest bestsellerowym tytułem?
 
Można wymieniać sporo powodów, przede wszystkich klarowne, mające jasny cel i przesłanie scenariusze Van Hamme’a oraz świetne, łączące realizm z fantastyką rysunki Rosińskiego. Albo zgrabne przetworzenie świata i wierzeń wikingów w rzeczywistość "alternatywnego świata Thorgala".

Moim zdaniem jednak tylko jedna rzecz w sposób istotny wyróżnia tę serię od wielu innych dobrych lub bardzo dobrych cykli fantasy. Jest nim konstrukcja postaci Thorgala. Van Hamme wymyślił faceta ewidentnie wyróżniającego się w świecie wikingów, mężczyznę będącego nośnikiem ideałów tak naprawdę czysto chrześcijańskich: uczciwego, sprawiedliwego, wiernego żonie i przyjaciołom, niestosującego zbytecznej przemocy, kierującego się kodeksem honorowym zgodnym z naszymi dzisiejszymi normami moralnymi, potrafiącego wybaczać wrogom. To po prostu dobry człowiek – dobry w sensie chrześcijańskim. Idealny bohater naszych, a nie tamtych czasów. Heros naszej, a nie wikińskiej moralności, wszak moralność wikingów była zupełnie inna – z naszego punktu widzenia byli amoralni, bo ich kanony dobra i zła były nieprzystające do dzisiejszych. Bliższe były raczej zasadom wyznawanym przez Kalego, bohatera W pustyni i w puszczy: dobrze, jeśli Kali ukradnie komuś krowę, ale źle, jeśli ktoś ukradnie krowę Kalemu.

I w związku z tym, że Thorgal jest taki pieruńsko dobry, taki wierny i szlachetny, mniej więcej połowę czytelników tej serii stanowią kobiety (jak wynikało z przeprowadzonych przed laty badań francuskich), co jest ewenementem w literaturze czy komiksie fantasy (albo w ogóle: literaturze i komiksie przygodowym). Kobiety kochają takich bohaterów jak on – silnych i walecznych, ale równocześnie delikatnych, sprawiedliwych i miłosiernych. I to właśnie moim zdaniem jest główna siła i wyróżnik tej serii spośród innych dobrych cykli fantasy – określony światopogląd głównej postaci. Światopogląd bardzo pozytywnie oddziaływujący na czytelników, którzy w głębi serca tęsknią do ideałów, które wprawdzie teoretycznie obowiązują w dzisiejszym świecie, ale rzadko są realizowane w praktyce codziennego życia.

Jak duży, Twoim zdaniem, wpływ na popularność serii miały nawiązania do mitologii ludów skandynawskich?

Duży. W latach 70. właściwie nie było komiksów fantasy czerpiących z wierzeń wikingów – nie tak jak dziś, kiedy mamy do wyboru mnóstwo serii czerpiących z mitów celtyckich czy germańskich. W tamtych czasach istniały wprawdzie powieści historyczno-mityczne oparte na wierzeniach germańskich, ale większość z nich nie wykroczyła poza rynek niemiecki, no i były to książki, nie komiksy. I wtedy pojawił się Thorgal.

Jeszcze jedna ważna sprawa: Van Hamme w sposób nowatorski podszedł do tematu, to znaczy nie poszedł śladem pisarzy niemieckich, którzy ukazywali dzieje Siegfrieda czy bogów germańskich w sposób bliski mitycznemu oryginałowi albo dopasowywali je do realiów stricte historycznych. On stworzył jędrne fantasy z pozornym sztafarzem historycznym. Dlaczego "pozornym"? Bo "Thorgal" nie jest fantasy historyczną, czyli umieszczoną w historycznych realiach opowieścią z elementami fantastycznymi (magią, pojawianiem się bogów itd.) – ta seria rozgrywa się w świecie alternatywnym, który tylko czerpie mnóstwo elementów z dawnej historii i z mitów, po czym miesza je, znacznie przetwarza i w efekcie wychodzi nowa jakość, nazwijmy ją "fantasy alternatywną". Nie da się powiedzieć: Thorgal żył w – dajmy na to – X wieku, więc w trakcie podróży do krajów arabskich mógł spotkać taką lub inną historyczną postać żyjącą w X wieku. Nie, jego świata nie da się wpasować w prawdziwą przeszłość Europy, ale wiele z niej czerpie. Van Hamme owe wątki wyjściowe poprzerabiał, a co najważniejsze – zrobił to tak kompetentnie i profesjonalnie, że otrzymał świat spójny, logiczny. W tym wszystkim wyraźnie widoczna jest duża wiedza scenarzysty na temat wierzeń skandynawskich i życia codziennego wikingów – Van Hamme musiał przeczytać sporo książek z tej dziedziny, gdyż tak dobrej mieszanki prawidłowo dobranych i zgrabnie przetworzonych mitów oraz danych historycznych nie dałoby się osiągnąć po lekturze jednego bryku dla opornych.

Od pewnego momentu autor scenariusza zaczął wzbogacać serię o elementy późnośredniowieczne, bizantyjskie czy nawet klasyczne – i była to oznaka wyczerpywania się formuły opowieści umieszczonej w samych tylko krainach Północy. Taki jest wszakże los wielu sag fantasy, gdyż nie da się ich ciągnąć w nieskończoność bez dopływu nowych pomysłów. Trzeba jednak przyznać, że Van Hamme wprowadzał te obce światowi wikingów elementy w taki sposób, że większość z nich wydaje mi się spójna z wcześniejszymi autorskimi założeniami dotyczącymi świata Thorgala. Dlatego mimo ewolucji tego uniwersum nadal można było wierzyć w jednolitość wizji scenarzysty.

Oczywiście, nawet Van Hamme nie ustrzegł się przed popełnieniem kilku scenariuszy słabych, robionych na siłę, mających na celu jedynie pokazanie Thorgala podróżującego jeszcze dalej i przeżywającego jeszcze dziwniejsze przygody. Ale te momenty słabości nie rzutują na ogólny, bardzo pozytywny, obraz wymyślonej przez niego serii.

Skąd w ogóle wzięło się Twoje zainteresowanie mitologią germańską?

Z ogólnego zainteresowania "barbarzyńcami". Zawsze znacznie mniej ciekawiło mnie to, co działo się w wysoko rozwiniętych cywilizacjach – szukałem raczej tego, co się rozgrywało poza ich granicami, na obszarach, które średniowieczni geografowie oznaczali na mapach pięknymi opisami: "tutaj żyją lwy, zjadacze umarłych, ludzie o dwóch głowach i inne bestie". Dlaczego wolę owo barbaricum od obszarów wielkich cywilizacji? Bo uwielbiam tajemnice – a "krainy potworów" były tajemnicą nie tylko dla ówcześnie żyjących geografów i historyków, ale też są nimi dla nas, dzisiejszych ludzi, usiłujących odkrywać dawne kultury za pomocą archeologii, religioznawstwa porównawczego czy lingwistyki historycznej. Do ludów zamieszkujących takie "obrzeża" cywilizacji zaliczali się także dawni Germanowie, Celtowie, Słowianie czy mieszkańcy Sahary. Tajemnicą są owiane zarówno dzieje, jak i religie owych ludów, gdyż mimo że dzięki różnym dziedzinom nauki wiemy o tych zagadnieniach znacznie więcej niż naukowcy sprzed stu czy dwustu lat, to jednak spora część naszego wyobrażenia o tamtych czasach opiera się przede wszystkim na hipotezach wysnuwanych przez historyków, archeologów, religioznawców. Jedne hipotezy pomyślnie przebywają próbę czasu i krytyki merytorycznej, inne nie, ale właśnie połowa czaru spowijającego dawne ludy strefy barbaricum opiera się na tym, że tak mało o nich wiemy. Religia Germanów, szczególnie skandynawskich, miała to szczęście, że doczekała się w starożytności i średniowieczu szczątkowemu utrwaleniu na kartach dzieł historycznych i literackich, dzięki czemu można ją częściowo rekonstruować. Ale nawet mimo zachowania sporej ilości zaklęć, sag czy pieśni o bogach i herosach, nasza wiedza o wierzeniach germańskich nadal jest mała – i dlatego wciąż pozostają one tajemnicze, pociągające. Przynajmniej dla takich wariatów jak ja.

Masz swój ulubiony mit, opowieść czy pieśń dotyczącą wierzeń germańskich, a może szczególnie lubisz jakąś baśń skandynawską?

Nie, jednej ulubionej opowieści nie mam, gdyż jest zbyt dużo mitów i baśni germańskich, które mi się podobają, abym potrafił się zdecydować. Może historia o tym, jak dwa krasnoludy, Fjalar i Galar, bawiły się w seryjnych zabójców i na różne sposoby mordowały stworzenia, które im zaufały? A może mit o bogini Freyi, która, aby stać się właścicielką pięknego naszyjnika Brisingamen, przespała się z całym rodem krasnoludów, które ów naszyjnik wykuły? Albo opowieść o walce Beowulfa z matką Grendela, która była potworem znacznie groźniejszym (i nieporównanie ciekawszym pod względem religioznawczym) od własnego syna? Czy może historia o wyprawie Thora, Lokiego i Thjaziego do krainy olbrzymów, gdzie musieli stoczyć kilka pojedynków z wielkoludami – i wszystkie przegrali? Albo anglosaski przekaz o rogatym jeźdźcu z Windsorskiego Lasu, który wspierał Robin Hooda? Skarbnica opowieści germańskich jest bogata, a można w niej znaleźć cudowne historie o krwawych wojnach i bohaterskich pojedynkach, o wielkiej polityce, o pragnieniu władzy, o potędze seksu. Na dodatek wiele z nich jest naprawdę zabawnych.

Czy zgodziłbyś się z tezą, że mitologia germańska cieszy się dużo większym zainteresowaniem w kulturze popularnej niż mitologia słowiańska? Jeśli tak, co jest tego przyczyną?
 
Na Zachodzie spowodowane jest to przede wszystkim tym, że mało kto w Anglii albo Francji interesuje się Słowiańszczyzną, a tamtejsi czytelnicy wolą to, co swojskie – tradycję celtycką czy germańską. I to też przekłada się na kulturę popularną: powieści, filmy, komiksy. Z kolei u nas sytuacja jest taka, że od dziesięcioleci niemal bezkrytycznie łykamy to, co przyjdzie z Zachodu. Na szczęście istnieje w Polsce rosnące zainteresowanie dziejami i wierzeniami słowiańskimi. Widoczne jest ono w odbiorze literatury tak popularnonaukowej, jak i beletrystyki czerpiącej z dziejów czy religii słowiańskiej – tutaj przykładem jest "fantasy słowiańska". Istnieją też różne grupy kultywujące dawne wierzenia, przy czym niektóre niebezpiecznie zbliżają się do sekciarstwa, zaś niemal wszystkie nie tyle starają się rekonstruować przedchrześcijańskie kulty, ile na podstawie kilku prawdziwych szczegółów z pogańskiej przeszłości budują całkowicie nowe religie, szumnie i bezpodstawnie nazywane "starosłowiańskimi".

Germanowie i Celtowie zostawili po sobie sporo rękopisów historyczno-mitycznych (w tym wiele spisanych w rodzimych językach), w których mamy dużo danych dotyczących ich religii, sposobu życia, przesądów. Słowianie nie pozostawili po sobie takich dzieł, a niemal wszystko, co wiemy ze średniowiecza na temat ich religii, pochodzi ze wzmianek w dziełach historyków czy obcych podróżników – głównie chrześcijańskich, a zatem wrogo nastawionych do pogańszczyzny. I na tych nielicznych źródłach przez długi czas koncentrowali się badacze zajmujący się wierzeniami słowiańskimi. Dopiero w ostatnich dziesięcioleciach XX wieku polscy naukowcy zaczęli korzystać z narzędzi wypracowanych przez naukę zachodnią, a u nas za czasów parszywej komuny niedopuszczanych z powodów ideologicznych. Chodzi między innymi o interdyscyplinaryzm (łączenie osiągnięć różnych nauk) czy religioznawstwo porównawcze, wyszukujące motywy zbieżne w religiach różnych ludów indoeuropejskich – dzięki czemu można na podstawie wierzeń celtyckich, germańskich, rzymskich, indyjskich czy osetyńskich uzupełniać luki w wierzeniach słowiańskich. Inną sprawą jest docenienie – wreszcie! – badań etnograficznych nad duchowością ludową (czyli demonologią) i uznanie jej za całkiem wiarygodną (tyle że przekształconą na przykład przez wpływy chrześcijańskie) kontynuację pogańszczyzny. Istnieją oczywiście jeszcze inne metody rekonstrukcyjne, pozwalające na ciekawe odtwarzanie dawnych wierzeń. Książką, która w sposób przystępny, a jednocześnie wiarygodny merytorycznie ukazuje ten temat, jest opublikowana niewiele lat temu "Religia Słowian" Andrzeja Szyjewskiego. Naukowiec ten połączył przekazy średniowieczne z danymi etnograficznymi, z analizą szamanizmu słowiańskiego czy z religioznawstwem porównawczym – w efekcie dostajemy szalenie ciekawy obraz rekonstrukcyjny wierzeń słowiańskich. Jasne, nawet on jest nadal znacznie uboższy od obrazu religii germańskiej czy celtyckiej, ale już dużo pełniejszy niż ten wyłaniający się z dawniej wydawanych książek o religii Słowian. Gorąco polecam czytelnikom opracowanie profesora Szyjewskiego.

Jak oceniłbyś sposób, w jaki Jean Van Hamme wykorzystywał na potrzeby serii przekazy mitologiczne?

Wysoko :). Najbardziej podobało mi się to, że Van Hamme z wyczuciem i zgodnie z odgórnie przyjętym przez siebie założeniem podszedł do mitów skandynawskich jako całości. Nie brał wyrywkowo poszczególnych opowieści, a potem nie klecił z nich byle jakich przygód, tylko z góry wiedział, jak kompleksowo je przekształcić, aby efekt finalny pasował do jego wizji alternatywnego świata Thorgala. I chwała mu za to, bo niestety większość opowieści fantasy, które znam, a które korzystają z mitów (germańskich czy jakichkolwiek innych), charakteryzuje się dwiema cechami negatywnymi: autorzy książek/komiksów/filmów słabo znają dawne wierzenia oraz brak im własnej wizji – czyli nie wiedzą, jak całościowo przekształcić owe wierzenia, aby współgrały z założeniami nowo tworzonego świata fantasy. W efekcie wychodzi mało wierzytelny misz-masz, który są w stanie strawić tylko najmniej wybredni odbiorcy fantasy. Natomiast pozytywnymi przykładami bardzo dobrego, kompleksowego i twórczego przetworzenia dorobku kultury wikińskiej są serie "Pan Lodowego Ogrodu" Jarka Grzędowicza i "Skald" Łukasza Malinowskiego. Wprawdzie pierwsza ciąży ku SF, a druga ku fantasy historycznej, ale łączy je jedno: przemyślana, spójna i nieschematyczna wizja "własnego" świata wikingów.

A czy obyczajowość i styl życia prawdziwych wikingów wyglądały podobnie do tego, co zostało ukazane w tych albumach serii, których akcja rozgrywa się w Northlandzie?

Wiele aspektów życia quasi-wikińskich bohaterów "Thorgala" jest wprost wzorowanych na naszej wiedzy o średniowiecznych Skandynawach, inne są przekształcone lub zupełnie wymyślone. Ale powtarzam: zostały przekształcone lub wymyślone w taki sposób, aby pasować do świata fantasy alternatywnej. I elementy odwzorowane, i te "dorobione" współgrają ze sobą, nie dochodzi między nimi do większych zgrzytów. A to dlatego, że niezgodności z "prawdą" są zazwyczaj wiarygodnie umotywowane przez scenarzystę określonym pochodzeniem czy charakterem poszczególnych postaci albo też pochodzeniem i przeznaczeniem dziwnych rodzajów broni czy statków. I to właśnie jest wielkie osiągnięcie Van Hamme’a. Jego wizja ma sens – tak pod względem logicznym, jak konstrukcyjnym.

Odrębną sprawą jest przedstawienie samego Thorgala, który nie pasuje do świata wikińskiego, a swoją moralnością przypomina chrześcijanina "idealnego" – czyli takiego, który nie istniał w żadnym okresie historycznym, a funkcjonuje jedynie w założeniach tej religii. Ale właśnie na tym przeciwstawieniu okrutnych i – z dzisiejszego punktu widzenia – amoralnych wikingów idealnemu Thorgalowi zasadza się siła tej postaci. On, jako przybysz z innego świata, jest po prostu inny, więc musi się odróżniać od zastanego ziemskiego świata.

Przejmując "Thorgala", Yves Sente szybko i z dużą chęcią sięgnął do mitologii, oczywiście poddając jej wątki liftingowi. Z kolei Yann Le Pennetier w serii "Louve" opowiada o Fenrirze, którego z pęt "oswobadza" na długo przed Ragnarökiem... Jak podobają Ci się ich pomysły?

Są różnej jakości. Niektóre zupełnie mi się nie podobają, bo mówią o małym przygotowaniu merytorycznym scenarzystów i niepotrzebnym hamowaniu własnej wyobraźni w dziedzinie przetwarzania mitów na potrzeby alternatywnej fantasy. Inne z kolei... mówią o czymś przeciwnym – o wiedzy autorów i ich bogatej wyobraźni. Co więcej, w ramach jednej serii tworzonej przez jednego scenarzystę mamy do czynienia z pomysłami i dobrymi, i złymi. Dlatego właśnie, czytając cykle poboczne i kontynuację głównego, jestem trochę skołowany tą nierównością jakościową dzieł ze świata Thorgala. Nie będę podawał przykładów ani pozytywnych, ani negatywnych, czytelnik ma własny rozum i niech sam decyduje, co mu się podoba, a co nie. Wszak odbiorcom wcale nie musi się spodobać utwór dobry merytorycznie, prawidłowo złożony logicznie oraz cechujący się zwartym systemem konstrukcji świata. Bywa przecież i tak, że większą popularność zdobywa rzecz napisana na kolanie, nie mająca większych wartości, naprędce sklecona z paru pomysłów. Dlatego mogę mówić tylko o swoich upodobaniach – szczególnie doceniam komiksy, książki i filmy, które oprócz atrakcyjności narracyjnej (akcja, krew, walki, nagie kobiety) wykazują cechy świadczące, że ich autor posiada odpowiednią wiedzę i jest zdolny do wymyślania twórczych rozwiązań.

Inną sprawą jest to, że Van Hamme stworzył określoną filozofię świata Thorgala. Wyrażała się poprzez konstrukcję samego tytułowego bohatera, o czym już mówiłem, poprzez konstrukcję panujących na Północy stosunków społecznych oraz poprzez jasne określenie związków świata boskiego z ludzkim. W albumach kontynuatorów mamy do czynienia ze zmianą tej filozofii – ich świat wydaje się mieć nie tylko inne podstawy społeczno-etyczno-religijne, także sam Thorgal się zmienia. Już nie jest tym ideałem, co wyraża się między innymi jego stosunkiem do kobiet nie będących jego żoną. Mamy zatem do czynienia z inną jakością niż za czasów Van Hamme’a. Czy to dobrze czy źle? Nie wiem. Być może takie było założenie wydawcy, który postanowił dostosować nowe utwory do obowiązujących dzisiaj na rynku kultury popularnej standardów obyczajowo-moralnych. Ale być może po prostu tak być musi, bo pamiętajmy, że sztuka popularna niejako sama z siebie reaguje na gusty odbiorców – gdyby nie posiadała tej cechy, szybko by przestała być właśnie "popularna". Najważniejsza tutaj jest konstatacja, że dzisiaj dostajemy opowieści ze świata Thorgala inne światopoglądowo, moralnie i estetycznie. A taki czy inny ich odbiór zależy już tylko od osobniczych gustów i poglądów czytelnika.

Czy w Twojej opinii następcy Van Hamme’a idą dobrym tropem? Na przyklad Yann dla żartu wymyśla sobie nowych bogów, vide Higgs i Thuring w "Trzech siostrach Minkelsönn"...

Akurat to, o czym wspomniałeś, czyli wprowadzenie nowych bogów, których miana są tylko jednorazowymi żartami, nawiązującymi do nazwisk realnie istniejących uczonych, uważam za nieporozumienie, gdyż takie zabiegi przynależą do nurtu postmodernistycznego. Lubię postmodernizm, bo potrafi być odświeżający, mądry i zabawny, trzeba jednak zdawać sobie sprawę, gdzie można wprowadzać elementy postmodernistyczne, a gdzie nie. Niektóre typy opowieści źle reagują na wstawki postmodernistyczne – i tak właśnie jest w świecie Thorgala. To inna stylistyka, inne założenia konstrukcji świata. To, co bawi i świetnie gra w postmodernistycznych utworach Andrzeja Sapkowskiego – choćby z pozoru anachroniczne batystowe majtki na tyłku księżniczki – nie musi zadziałać w fantasy historycznej czy alternatywnej. Każda konwencja ma swoje zasady, a ich nieumiejętne złamanie prowadzi zazwyczaj do niezamierzonej przez autorów śmieszności. W pewnej hollywoodzkiej produkcji o Biblii jednego z aniołów zesłanych do Sodomy przez Jahwe zagrał... Murzyn. Jasne, to było poprawne politycznie i zgodne z wytycznymi amerykańskiego związku zawodowego aktorów, tylko że ten czarnoskóry człowiek z jakiegoś powodu tam, cholera, nie pasował. Wyglądał tak samo nie na miejscu, jak na zebraniu honorowych członków Ku Klux Klanu. Jeśli zatem chce się łamać lub mieszać konwencje, trzeba wiedzieć, jak robić to umiejętnie i których granic nie przekraczać, aby się nie ośmieszyć.

W minionym roku ukazała się kolejna książka Twojego autorstwa z serii omawiającej interesujące nas z punktu widzenia świata Thorgala wierzenia germańskie – po "Mitologii germańskiej" i "Demonologii germańskiej" jest to "Bestiariusz germański". Pracujesz nad kolejną książką z tego cyklu?

Niedawno skończyłem pisać grubą książkę "Herosi mitów germańskich. Sigurd Zabójca Smoka i inni Wölsungowie". Zajmuję się w niej najsławniejszą dynastią bohaterów germańskich, rodem Wölsungów, których najbardziej znanym reprezentantem był Sigurd (po niemiecku zwany Siegfridem). Na przykładzie różnych – skandynawskich, niemieckich i anglosaskich – wersji opowieści o Wölsungach staram się przedstawić ich postaci w ujęciu rozwoju germańskiego ideału bohaterskiego od późnej starożytności do końca epoki wikińskiej. Przy okazji zajmuję się wszelakimi aspektami mitycznymi zachowanymi w tych opowieściach, a jest ich całkiem sporo, szczególnie dużo zaś dotyczy olbrzymów, wiedźm i wieszczek, smoków, krasnoludów czy różnorakich czarów. No a dla miłośników wojen prowadzonych przez dawnych Germanów znajdą się liczne opisy bitew, rzezi, najazdów, zamachów. Krew się leje. Dla czytelników lubiących "opowieści przy ognisku" zamieściłem na początku książki lekkostrawną opowieść o czynach Wölsungów, a dla odbiorców bardzo wymagających zakończyłem opracowanie nowym tłumaczeniem "Sagi o Wölsungach", opatrzonym szczegółowymi przypisami.

Jesteś też autorem opowiadań fantastycznych. Nie myślałeś o tym, żeby napisać powieść osadzoną w świecie wikingów? Albo komiks osadzony w tych właśnie realiach?

Opowiadania osadzone we wczesnośredniowiecznym świecie nadbałtyckim, gdzie słowiańscy wiciędze walczyli ze skandynawskimi wikingami, pisałem dawno temu :), w pierwszej połowie lat 90. Cieszyły się wtedy uznaniem, ale ja w pewnym momencie świadomie odszedłem od tej stylistyki i zająłem się innymi tematami, a potem poświęciłem się przede wszystkim artykułom i książkom popularnonaukowym. Ale powoli wracam do pisania prozy, w tym do świata wiciędzów i wikingów. W przyszłym roku ukażą się przynajmniej dwa opowiadania osadzone w tych realiach. Jeśli spodobają się czytelnikom, zasiądę do już wymyślonej i opracowanej powieści rozgrywającą się w X wieku na dużym obszarze terytorialnym – i słowiańskim, i skandynawskim. A co będzie, jeśli te opowiadania nie spodobają się odbiorcom? Na tę ewentualność nie mam jeszcze przygotowanego rozwiązania :).

Twoja najnowsza książka popularnonaukowa, "Wielka wyprawa księcia Racibora. Zdobycie grodu Konungahela przez Słowian w 1136 roku", też nawiązuje do dziejów wikingów, a rozpoczyna serię "Wojny wikingów i Słowian".

Książka ta dotyczy nie tylko wikingów, ale przede wszystkim słowiańskich wiciędzów. To historia jednego z największych słowiańskich najazdów na ziemie skandynawskie w średniowieczu. Także miłośnicy wierzeń pogańskich znajdą w tym opracowaniu sporo interesujących rzeczy, gdyż w czasie konfliktu roku 1136 używano magii wojennej, co zostało dokładnie opisane w źródle średniowiecznym zajmującym się wyprawą Racibora, a i ja omawiam te zagadnienia. Poza tym w "Wielkiej wyprawie…" mówię o wielu kwestiach magicznych i nadprzyrodzonych z punktu widzenia ich wpływu na życie ówczesnych ludzi – teoretycznie będących już chrześcijanami, a jednak nadal mocno tkwiących w świecie pogańskich przesądów.

Przygotowana jest do wydania w przyszłym roku kolejna książka z serii "Wojny wikingów i Słowian", dotyczącą płonącego pogranicza słowiańsko-germańskiego: "Pod pogańskim sztandarem. Dzieje tysiąca wojen Słowian połabskich od VII do XII wieku". Czytelnik będzie mógł poznać dzieje licznych słowiańskich plemion, które we wczesnym średniowieczu zamieszkiwały całe wschodnie Niemcy i aż do XII wieku walczyły ze wszystkim sąsiadami – Niemcami, Skandynawami, Pomorzanami, Polakami, Czechami...

Dziękuję za wywiad.

Dziękuję i mam nadzieję, że przed nami jeszcze sporo ciekawych przygód w uniwersum Thorgala! 

1 komentarz: