EPOXY

poniedziałek, 21 listopada 2011

Recenzja "Raissy"

Louve pojawiła się na planszach serii "Thorgal" w roku 1990, przychodząc na świat w wilczym legowisku. Dwadzieścia jeden lat później dziewczynka obdarzona darem znajomości mowy zwierząt staje się bohaterką własnej serii. Albumem "Raissa", jako nowy scenarzysta w rozbudowywanym uniwersum "Thorgala", debiutuje Yann de Pennetier. Przypadło mu poprowadzenie dziecięcej postaci, która dotychczas pozostawała na drugim planie, dlatego jego zadanie od początku postrzegałem jako tylko pozornie proste. Na szczęście francuski autor poradził sobie, chociaż nie obyło się bez pewnego zdziwienia – Louve, jaką znałem z plansz "Thorgala" trochę się zmieniła.


Jean van Hamme nigdy nie bronił się przed obsadzaniem w rolach pierwszoplanowych bohaterów dziecięcych. Nie tylko zdecydował się opowiedzieć kilka przygód małego Thorgala i małej Aaricii (poświęcił temu tylko dwa albumy, ale dzielą się one na krótsze formy), lecz również w naturalny sposób wykorzystywał postać ich pierworodnego syna, czyniąc go główną bohaterem już w "Alinoe", a następnie regularnie czyniąc z niego pełnoprawnego bohatera serii. W tym kontekście naturalnym pomysłem wydaje mi się rozpoczęcie cyklu poświęconego Louve, szczególnie, że niestety często brakowało dla niej miejsca na łamach oryginalnej serii.

Trudno jednoznacznie określić wiek bohaterki. Według moich kalkulacji Louve ma co najmniej osiem lat, ale może być rok lub dwa starsza. W jej wieku Thorgal i Jolan dokonywali wielkich czynów (Aaricia we "Łzach Tjazhiego" jest trochę starsza), więc czemu i ona nie miałaby stać się pełnoprawną postacią na komiksowej mapie. Tyle tylko, że Louve znana z plansz dotychczasowych albumów "Thorgala" niekoniecznie nadawała się na protagonistkę – zawsze cicha i spokojna, choć przecież z dużym potencjałem (mam na myśli nadzwyczajne moce). Dotychczas jej rola w serii była mocno ograniczona. Owszem, w albumie "Arachnea" wysunięta została nieco bardziej na pierwszy plan, ale później znowu pełniła jedynie rolę statystki (co niestety pokazuje, że nawet van Hamme nie za bardzo miał pomysł, jak rozpisać scenariusze na większą liczbę postaci, czy też po prostu uznał, że Louve jest jeszcze zbyt mała, by angażować ją bardziej w prowadzoną akcję). Tymczasem Louve osiągnęła wiek, w którym niemożliwością było pomijać jej znaczenie w relacjach między bohaterami serii. Dlatego też największym wyzwaniem stojącym przed Yannem pozostawało zdecydować, jakie wyraziste cechy charakteru nadać wyjątkowemu dziecku.

Wydaje mi się, że czytając "Raissę" zrozumiałem, skąd wzięła się nagła zmiana tytułu pierwszego albumu nowego cyklu wchodzącego w skład „Światów Thorgala”. Pierwotnie miał on brzmieć "Odcięta dłoń boga Tyra". Ostatecznie tak zatytułowany będzie drugi album "Louve". Mam wrażenie, że wymyślona przez Yanna fabuła, która w zaistniałych okolicznościach dopiero w przyszłości wykorzysta motyw odciętej dłoni jednego z Asów, nie wprowadzała należycie dobrze postaci Louve, to znaczy nie było w niej miejsca na przedstawienie tego, jaka jest główna bohaterka, jakimi cechami charakteru można ją opisać. Uważam, że było to o tyle ważnie zarówno z perspektywy pomysłu na fabułę, jaką proponuje scenarzysta (chociaż bez odpowiedniego wprowadzenia trudno byłoby mu uzasadniać pewne zachowania bohaterki), lecz również z perspektywy pozyskiwania czytelników dla nowego cyklu. Szczególnie z myślą o tych, którzy nie czytali "Thorgala", wypadało przybliżyć w jakiś sposób przynajmniej najważniejsze fakty związane z tytułową postacią (ograniczono się z tym właściwie do minimum, ale jednak spróbowano od tego uciec).

Pociągnęło to za sobą szereg konsekwencji. I tak komiks można podzielić na trzy akty. W pierwszym bohaterka zostaje zestawiona z innymi dziećmi mieszkającymi w jej rodzinnej wiosce. Konfrontacja ta ma zarysować relacje Louve z rówieśnikami i pokazać, jak dziewczynka się wśród nich odnajduje, a więc czy jest odrzucana czy akceptowana. Przy okazji pojawia się okazja do powiedzenia paru słów na temat jej pochodzenia (czy też raczej pochodzenia jej ojca) – pozwala to Louve dumnie nazywać siebie Dziewczyną Przybyłą z Gwiazd. Drugi akt związany jest z postacią tytułowej Raissy, wilczycy przewodzącej stadu wilków, które grasują w pobliżu wioski. Z jednej strony pokazuje to bohaterkę w kontekście świata przyrody, w którym funkcjonuje w sposób szczególny z racji posiadanych zdolności (przy okazji po raz kolejny pojawia się przypomnienie, w jakich okolicznościach się urodziła), z drugiej strony płynnie wprowadza do aktu trzeciego, tego właściwego, który scenarzysta zamierza eksplorować co najmniej przez dwa albumy, jeśli nie dłużej.

Tego typu zabieg zaowocował jednak, moim zdaniem, pewnego rodzaju rozdźwiękiem w tak krótkim komiksie. Nie ukrywam, spodziewałem się, że "Raissa" będzie raczej one-shotem, jakąś zamkniętą na czterdziestu sześciu planszach przygodą Louve. Okazało się, że przy okazji rozpoczynania nowego cyklu postanowiono za jednym zamachem "załatwić" kilka spraw (stąd moje przemyślenia na temat zmiany planów wydawniczych związanych z tym cyklem). Nie wiem, na ile wpływ miał na to sam scenarzysta, a na ile jest to efekt rozmów pomiędzy nim i koordynującym cały projekt Yvesem Sente'em. Oczywiście rozumiem to. Tym bardziej, że wygląda na to, że "Louve" musi wkomponowywać się w szerzej zakrojony plan gry, musi pozostać w jakimś stopniu sprzężona z serią główną. Fabuła "Raissy" toczy się równolegle do wydarzeń opisanych w "Statku mieczu" (wykorzystano nawet dość zgrabny zabieg nawiązania do najnowszego "Thorgala"). Nie chciałbym jednak wyciągać zbyt daleko idących wniosków, ani też silić się na krytykę, bo miałem dużo przyjemności z lektury komiksu, szczególnie kiedy zaczęła zawiązywać się właściwa akcja. Nie ukrywam, mój apetyt na poznanie dalszego ciągu rozpoczętej historii jest duży.

Największe zastrzeżenie do scenarzysty mam à propos wprowadzenia do narracji dymków z wypowiedziami wilków. Od samego początku Jean van Hamme otoczył woalką tajemnicy parapsychiczne zdolności dziewczynki, której przodkowie przybyli z gwiazd, nie wyjaśniając, jak dokładnie przebiega przekaz treści między nią i zwierzętami (mam na myśli formę komunikatu; na przykład przekaz telepatyczny). Oczywiście rozumienie przez Louve mowy zwierząt było kojarzone z tym, że przyszła na świat wśród wilków (stąd przecież wzięło się jej imię). Ale czytelnicy mieli również w pamięci zdolności córki Slivii, kryjącej się pod przebraniem Władcy Trzech Orłów, która przecież porozumiewała się z drapieżnymi ptakami. Tyle tylko, że przejaw tej niezwykłej komunikacji zawsze był niejako jednostronny – o tym, co powiedziały zwierzęta czytelnik dowiadywał się z ust bohaterki, tudzież bohaterka na głos wypowiadała słowa, które kierowała do zwierząt (a one ją rozumiały). Teraz doszło do tego, że rozmowa Louve z wilkami odarta została aury tajemniczości, w dodatku czytelnik może śledzić dialog, jaki wilki prowadzą między sobą. O ile pomaga to w budowaniu narracji (w przeciwnym wypadku komiks mógłby być w dużej części niemy), o tyle rodzi skojarzenia chociażby z mówiącymi zwierzętami z kreskówek Disneya. Nie uważam, żeby pomysł był zupełnie chybiony, natomiast jest to w jakiś sposób wbrew tradycji podtrzymywanej w serii od lat.

Mojemu zatroskaniu wcale nie pomaga fakt, że debiutujący w roli rysownika "Światów Thorgala” Roman Surżenko przedstawił dzikie bestie w fantastyczny sposób. A chciałbym skierować pod jego adres kilka ciepłych słów. Otóż narysowane przez Surżenkę wilki wyrażają wszystko to, czego wymagał scenariusz. Raz są groźne i szczerzą kły, to znowu przypominają przyjazne stworzenia. Jednym zdaniem, rosyjski artysta świetnie poradził sobie z aklimatyzacją w nowym dla niego świecie. Z wielką pieczołowitością oddał klimat natury Northlandu, udało mu się również przedstawić Aaricię i Louve takie, jakie znamy z ilustracji Grzegorza Rosińskiego. Zestawiając ze sobą prace Romana Surżenki i Giulio de Vity, ten pierwszy nie tylko lepiej wszedł w świat "Thorgala", ale również bliższy jest w formie wyrazu temu, co na setkach plansz robił polski grafik. Być może niektóre pozy postaci wyszły mu zbyt statycznie, ale naprawdę trudno się do tego przyczepić. Co więcej, kolorystyka Grazy doskonale wkomponowuje się w szkic, który miejscami jest równie gęsty, jak w starszych pracach Rosińskiego. Gdybym chciał powiedzieć za dużo, wydałbym opinię, że Rosjanin jest dla "Światów Thorgala" dużo silniejszym wzmocnieniem niż Włoch (chociaż nie mogę powiedzieć, żeby jego dokonania w "Kriss de Valnor" mi się nie podobały). Więcej, z dwóch nowych rysowników to jego widziałbym w przyszłości bardziej jako następcę Rosińskiego. I proszę nie posądzać mnie o sprzyjanie słowiańskiemu talentowi. Ta pozytywna energia po prostu emanuje z plansz komiksu.

Jak już wspomniałem, jestem bardzo ciekaw tego, jak rozwinie się cykl przygód córki Thorgala. W moim odczuciu Yann Pennetier bez kompleksów wkroczył do realiów przez lata kreowanych przez Jeana van Hamme'a, nadając wyrazisty rys młodej bohaterce, stawiając na oryginalną fabułę. Kości zostały rzucone, nie obyło się bez cliffhangera, ale na całe szczęście już w przyszłym roku będzie można się przekonać, jak dużą konsekwencją wykażą się obaj autorzy.

"Louve" album 1: "Raissa"
Scenariusz: Yann
Rysunek: Roman Surżenko
Tłumaczenie: Wojtek Birek
Wydawnictwo: Egmont Polska
Data publikacji: 11.2011
Wydawca oryginału: Le Lombard
Liczba stron: 48
Format: 21,5 x 28,5 cm
Papier: kredowy
Druk: kolor
Oprawa: miękka/twarda
Cena: 22,99 zł/29,99 zł

3 komentarze:

  1. Mogliby popchnąć tą serię w kierunku "Gwiezdnego dziecka". Taka niby przygodówka ale za to jaka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam,
    Przeczytałem album z zainteresowaniem.
    Nie do końca zgodzę się z Recenzentem, że teraz teksty w dymkach popsują klimat wcześniejszych scen w Thorgalu. Wcześniej nie były pokazywane w dymkach ze względu na ich subtelność, sceny z Louve przemawiająca do zwierząt należały do rzadkości. Teraz jednak została wyodrębniona osobna seria i nie wyobrażam sobie jak inaczej można by prowadzić akcję jeśli Louve nie rozmawiałaby z wilkami tekstem w dymkach.
    Fabuła zawiązana ciekawie. Rysunki ciekawe. Ale…
    1. Nieco przypomina mi to komiks –„Tetfon, syn wilka”, gdzie tytułowy bohater wychowany był przez wilki i z nimi rozwiał.
    2. Troszkę zbyt banalne, ze Louve nagle sama z siebie deklaruje napotkanemu Wolkowi, że pomoże mu odzyskać wodzostwo klanu.
    Jednak z niecierpliwością czekam na kolejne tomy – zwłaszcza, ze akcja dzieje się równocześnie z wątkiem głównym serii.

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie wczoraj kupiłem pierwszy album o przygodach małej Louve i muszę powiedzieć, że jest to od strony graficznej najlepszy album od lat. Może jestem konserwatystą w tej kwestii, ale za nic nie mogłem się przekonać do "nowego" stylu Rosińskiego, o innych rysownikach nie wspominając. "Raissa" natomiast wyraźnie kojarzy się z najlepszymi czasami polskiego rysownika. I wcale nie uważam tego za naśladownictwo. Co do scenariusza, to całkowicie się zgadzam z powyższą recenzją, a uważam ją za najlepszą, jaką napisano o tym albumie (inne mnie głównie denerwowały, odnosiłem wrażenie, że czytelnicy Thorgala po prostu "zdziadzieli"). Moim zdaniem postać głównej bohaterki zdecydowanie zasługuje na własną serię i widać w niej potencjał. Zawsze byłem ogromnym fanem tych bajkowo-dziecięcych części Thorgala, "Gwiezdnego dziecka" i "Aaricii", więc seria o małej louve rozmawiającej ze zwierzętami mogła mnie tylko ucieszyć. Moim zdanie album ten należy traktować jako wprowadzenie do właściwej serii, a dużo więcej dowiemy się z następnej części.... końcówka pierwszej rozbudziła we mnie ogromne nadzieje. Jeszcze raz dzięki za recenzję, w której nie było szukania dziury w całym.

    OdpowiedzUsuń