EPOXY

czwartek, 17 listopada 2011

Recenzja "Statku miecza"

W najnowszym albumie serii Thorgala odnajdujemy na pokładzie statku miecza, średniowiecznego odpowiednika lodołamacza, bez trudu przebijającego się przez skutą lodem rzekę, w górę której płynie kupieckim szlakiem z cennymi towarami w ładowni. Na bohatera, podążającego śladem porywaczy swojego małego syna, czyhają różne niebezpieczeństwa. Dobroduszny mężczyzna mimowolnie sam je na siebie sprowadza, nie tyle chcąc jak najlepiej pełnić obowiązki najemnika ochraniającego statek, co spełniać dobre uczynki. Na swojej drodze Thorgal spotyka pewną postać z przeszłości i gotów jest bez zastanowienia podjąć się pozornie łatwej misji, by jej pomóc. Oczywiście sprawy nieco się komplikują, ale więcej zdradzić po prostu nie można. Grunt, że komiks czyta się naprawdę dobrze, przymykając może oko na kilka niedociągnięć.

Konstruując rozbudowaną – zakrojoną na wiele odcinków – opowieść, zawiązującą się wokół postaci Aniela, Yves Sente pozwala sobie wprowadzić do serii quasi one-shot. Poniekąd jest to zabieg trafiony, ponieważ scenarzysta tak naprawdę dopiero po raz pierwszy mierzy się z napisaniem zamkniętej przygody dla Thorgala. Można zarzucić, że przygody krótkiej, bo nie w stu procentach pełnometrażowej, czy też oderwanej od kontekstowo szerszego ciągu fabularnego, ale stanowiącej w moim odczuciu pewnego rodzaju wprawkę przed czymś kompletnym. I przyznam, że mnie zaproponowana przez niego historia przekonuje. Wreszcie bowiem pozwala wykazać się bohaterowi – za jego odważnymi czynami tęskniłem. Oczywiście Thorgal daje wyraz nie tylko swojemu męstwu, lecz również wartościom, które od zawsze mu przyświecały. Jest to ten sam heros, który od lat jest obiektem podziwu rzeszy czytelników obu płci. Wydarzenia rozgrywające się przy okazji podróży tytułowym statkiem mieczem mieszczą się w konwencji, jaką przez lata wypracował Jean van Hamme. Na pewno nie jest to fabuła mogąca dorównać jego najlepszym osiągnięciom, ale Sente zdaje się wyczuwać, w jakie nuty należy uderzyć, by Thorgal potwierdził swoją dobrą formę.

Jak już wspomniałem, przygoda przedstawiona w "Statku mieczu" niewiele wnosi w rozwój zaplanowanej na kilka albumów historii i w tym kontekście wydaje się być bezzasadna. Co może decydować o tak surowej ocenie pomysłu Sentego – i to nie tyle pomysłu na tą konkretną fabułę, ale raczej na zwolnienie głównej akcji poprzez wprowadzenie pobocznej historii – to smutny fakt, że na ciąg dalszy sagi będzie trzeba poczekać aż dwa lata. Warto pamiętać, że kolejne odcinki cyklu mającego miejsce w Krainie Qa ukazywały się w latach osiemdziesiątych z dużo większą częstotliwością, nigdy nie wystawiając na tak dużą próbę cierpliwości czytelników, równocześnie zapewniając im zdecydowanie więcej wrażeń. Może zabrzmi to niesprawiedliwie, ale wydarzenia, wokół których zbudowana została fabuła tego albumu mogłyby w ogóle nie mieć miejsca (choć nie chciałbym powiedzieć, że mamy do czynienia ze słabym pomysłem na scenariusz), a Thorgala moglibyśmy zobaczyć już w Bag Dadhu, dokąd zmierza w pogoni za Czerwonymi Magami. Pozostaje mieć nadzieję, że Sente pozwolił sobie na tego typu retardację tylko ten jeden raz.

Argumentem przemawiającym za scenarzystą jest z pewnością fakt, że po raz kolejny pozwolił Grzegorzowi Rosińskiemu zainscenizować wydarzenia rozgrywające się w zimowej scenerii. Ostatni raz Thorgal brnął w śniegu w albumie "Władca gór", tym razem ma nawet do dyspozycji psi zaprzęg, co sugeruje już okładka komiksu. Sente daje polskiemu artyście możliwość namalowania scen, których w serii nigdy wcześniej nie malował, między innymi unikalną florę i faunę krainy, w której rozgrywa się akcja komiksu. Efekt zdecydowanie cieszy oko, szczególnie jeśli chodzi o krajobrazy.

Kluczowe, moim zdaniem, w ocenie komiksu jest jednak to, że album kończy motyw "służby" Jolana u Manthora, jednocześnie otwierając nową furtkę na przyszłość dla młodego bohatera i jego towarzyszy. To dobry moment na dokonanie pewnego rodzaju podsumowania. Otóż pierwotnie Manthor chciał objąć opiekę nad Jolanem. Jak sugerował w "Ofierze" Jean van Hamme, zamaskowany czarnoksiężnik miał stać się dla Jolana mentorem (zbieżność brzmienia jego imienia do potencjalnej roli nie wydaje mi się przypadkowa), który mógłby pomóc mu rozwinąć nadludzkie zdolności (bez tego chłopiec w zasadzie stałby się takim dorosłym Jolanem, jakiego widzieliśmy w "Koronie Ogotaia"). Jak wiadomo, pierwszym nauczycielem chłopca był Xargos. Bez niego Jolan nie uświadomiłby sobie drzemiących w nim mocy, natomiast jedna lekcja to wciąż było za mało, by efektywnie je wykorzystać. Należy pamiętać, że dezintegrując przedmioty Jolan zazwyczaj bardzo się męczy, natomiast w zasadzie nie jest w stanie tworzyć skomplikowanych struktur (udało mu się to jedynie przy pomocy wzmacniacza fal mózgowych, chociażby we wspomnianej "Koronie Ogotaia"). Yves Sente niekoniecznie poszedł zasugerowaną mu przez van Hamme'a drogą, najpierw rysując przed Jolanem miraż szczególnego losu, a następnie stawiając chłopaka wśród kandydatów do wątpliwego, jak dla mnie, tytułu "wybrańca", który ostatecznie okazał się być jedynie marionetką (celowo używam tego określenia). I tak oto, dopiero w tym momencie Jolan otrzymuje obietnicę pomocy w rozwijaniu swoich mocy i szansę (nie wiem, jak inaczej to określić) przejścia do historii, co nawiązuje jednoznacznie do słów Manthora z albumu "Ja, Jolan", kiedy mag zapowiadał chłopcu, że przypadnie mu w udziale rola, o której "ludzka historia nigdy nie zapomni". Trudno bowiem nazwać potyczkę (na pewno nie bitwę) o Asgard pomiędzy żyjącą armią Manthora a olbrzymami Lokiego elementem misji, która miałaby przynieść pożytek wszystkim ludziom. Bardziej pasuje mi do tego pojawiające się na horyzoncie widmo chrześcijaństwa, które interpretowane jest na łamach komiksu jako zagrożenie dla tak zwanego "starego porządku".

Yves Sente wkracza jednak, w moim odczuciu, na dość niepewny grunt. Z jednej strony mamy do czynienia z tematem jak najbardziej prawdziwym, mającym swoje oparcie w historii, w dodatku jakże często wykorzystywanym w beletrystyce (nadejście nowej religii zazwyczaj jednoczy wyznawców starych bogów). Skądinąd jest to motyw na swój sposób wyświechtany, to znaczy przetrawiony przez nazbyt liczne dzieła literatury. Nie sposób mi wyobrazić sobie, żeby scenarzysta wykrzesał z niego w przyszłości zupełnie nową jakość. Co może uderzać, to pewnego rodzaju pójście na łatwiznę – coś, czego nigdy nie uczynił van Hamme, nadając pisanej przez siebie sadze uniwersalności (odstępstwem od tego jest oczywiście album "Barbarzyńca" i jego kontynuacja, ale imperium bizantyjskie przedstawione w "Thorgalu" wydaje się być trochę bardziej "neutralne" w swojej wymowie i stanowi raczej nowsze, barwniejsze tło dla perypetii głównych bohaterów). Bez wątpienia temat warto będzie podjąć przy okazji rozwijania się historii, co będzie miało miejsce w którejś z serii wchodzącej w skład "Światów Thorgala". Niewykluczone, że będzie to seria "Kriss de Valnor".

Spoglądając na "Thorgala" z perspektywy czasu, staje się dla mnie jasne, że pomyłką, a przynajmniej niefrasobliwością czy też przejawem braku szerzej zarysowanego planu działania, było przedstawienie na łamach oryginalnej serii wydarzeń rozgrywających się w Międzyświecie i Asgardzie – drogi Jolana do zostania wybrańcem Manthora i ocalenia życia bogini Vilnii. Już w momencie rezygnacji Jeana van Hamme'a z pisania kolejnych scenariuszy, autorzy powinni zdecydować się na wprowadzenie cyklu pobocznego, traktującego o losach młodego Thorgalssona. Uniknięto by w ten sposób przede wszystkim dwutorowego prowadzenia akcji przez trzy albumy (to znacznie spowalniało przekaz kolei losu wszystkich bohaterów). Przy okazji pojawiłaby się szansa na rozwinięcie kilku wątków, a na pewno pozwoliłoby to rozgraniczyć historię kierowaną do starszych czytelników od tej zdecydowanie bardziej młodzieżowej, opierającej się na schemacie prostej rozgrywki rpg (moim zdaniem, ta pierwsza została znacznie lepiej rozpisana). Na szczęście nadszedł odpowiedni i upragniony moment. Eksperyment można uznać za zakończony. „Statek miecz” jest albumem skupiającym się właściwie w stu procentach na Thorgalu, a kolejny powinien być jego naturalną kontynuacją. Mam nadzieję, że z naszym bohaterem spotkamy się już w mieście dżi inów.

"Thorgal" album 33: "Statek miecz"
Tytuł oryginalny: Le Bateau-Sabre
Scenariusz: Yves Sente
Rysunek: Grzegorz Rosiński
Tłumaczenie: Wojtek Birek
Wydawnictwo: Egmont Polska
Data publikacji: 11.2011
Wydawca oryginału: Le Lombard
Liczba stron: 48
Format: 21,5 x 28,5 cm
Papier: kredowy
Druk: kolor
Oprawa: miękka/twarda
Cena: 22,99 zł/29,99 zł

8 komentarzy:

  1. One-shoty są potrzebne, dzięki nim pewne postaci, wydarzenia, miejsca mogą powrócić później z zaskakujących okolicznościach.

    OdpowiedzUsuń
  2. ciekawa recenzja - z jednej strony o wielu sprawach napisano, z drugiej dalej trzeba czekać na oficjalną premierę, że dowiedzieć się czegoś więcej :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Co do cykli pobocznych uważam, że Triss i Louve zasługują na takowe. Nie ma ich co ze sobą porównywać, ale obie są plastyczne, ciekawe, pobudzają wyobraźnię, mam ochotę dotrzeć do ich "tajemnic". Jolan jest dla mnie bohaterem trzeciego sortu. Może nadawałby się do bohaterskich komiksów amerykańskich z okresu II wojny, ale tutaj mi zupełnie nie leży. Sente kontynuuje linię Van Hamme'a kastrowania Jolana z jakiejkolwiek zadziorności. W czasach Krainy Qua, jeszcze jako mały chłopiec, przejawiał ciekawe rysy: podobała mu się władza Hurukana, sprzeciwiał się rodzicom, robił użytek ze swych niekontrolowanych mocy. Można było go rozwinąć w bardzo ciekawego bohatera, ale scenarzyści blondasa "udomowili" do figury bezpostaciowej. No bo czy ktoś właściwie potrafi opisać osobowość Jolana? Poza tym, że bohatersko broni swojej rodziny i stara się być prawy oraz szlachetny jak ojciec? Nie musi walczyć o szczęście z bogami jak Thorgal, nie jest księżniczką co zeszła pośród lud jak Aricia, nie jest uosobieniem zła i wyrachowania jak Triss, nie ma tajemniczego kontaktu ze światem zwierząt jak Louve ani nawet nie uwodzi go przebiegła domina jak Tjalla, (żeby wspomnieć o bohaterach ciekawych, acz drugoplanowych). Czy o kimś takim jak Jolan można zrobić cały komiks?

    OdpowiedzUsuń
  4. Naprawdę jestem pełen podziwu dla autora, który tak pozytywnie wypowiada się o albumie "Statek Miecz". Według mnie jest to zdecydowanie najgorsza publikacja (nie licząc kultowego "Królestwa pod piaskiem". Tak naprawdę nic się bowiem w niej ciekawego nie wydarzyło, zaś czarę goryczy / żenady przelała ilustracja orki pożerającej jegomościa z podpisem "chrup". I na niewielki plusik moim zdaniem zasługuje jedynie postać tajemniczej niewolnicy, czym autor zachęca do kupna kolejnego albumu...

    Jeśli ktoś nie kupił "Statku", niech przejdzie się do Empiku, przeczyta i wówczas podejmie świadomą decyzję żeby nie kupować tej publikacji.

    Tak mi przyszło do głowy, że zestawiając "Statek" z choćby "Oczyma Tanatloca", patrzymy na serię z pozycji dna i wodorostów. Niestety reżyser serwuje nam kolejny raz danie z cyklu odgrzewany kotlet i przy tak dynamicznym rozwoju akcji, główny wątek ruszy gdzieś za 5 lat. Szkoda, bo można było to zrobić dużo bardziej miło, dużo zgrabniej i bez banalnych wstawek, jakich niemało w tym albumie.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytanie komiksów w Empiku to jednak nie jest rozwiązanie... Taki album wart jest swojej ceny chociażby ze względu na ilustracje Rosińskiego.

    OdpowiedzUsuń
  6. 33 odcinek to może nie jest najwyższa forma - ale jest to nieporównanie lepszy album od odcinków 30-32, i z "Królestwem pod piaskiem" też bym go nie porównywał. Jeśli się utrzyma ta tendencja - czyli mimo wszystko przygody - to czekam na Mezopotamskie odcinki...

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komiks jest również wart swojej ceny ze względu na szacunek dla Grzegorza Rosińskiego i jego tanentu oraz jego gigantycznej pracy.

    OdpowiedzUsuń
  8. Przeczytałem przed chwilą "Statek Miecz". A w zasadzie wchłonąłem :P.

    Pierwszy nasuwający się automatycznie wniosek - wreszcie Thorgal jest Thorgalem. Strzela z łuku, broni niewinnych, oszukuje "złych" by pomóc "dobrym", a za wszystkim stoi chęć odnalezienia syna. Część nazwie to odgrzewanym kotletem, ale dla mnie to długo wyczekiwany powrót do klasyki, który dokumentuje też powrót jednej z moich ulubionych postaci drugoplanowych w serii. Generalnie niewiele się w tym albumie dzieje, ale dzieje się dobrze, sensownie i klimatycznie. Rysunki mistrza Rosińskiego są piękne, odbiorca szybko zagłębia się dzięki nim w mroźnym klimacie Northlandu, styl przypomina mi "Władcę Gór". Czego zabrakło? Może odrobinę więcej akcji, niestety kilka stron trzeba było poświęcić na wątek nudnego Jolana, przez co przygoda Thorgala była odrobinę krótsza i gdyby dodać jej tę ukradzioną odrobinę to uznałbym ją za stuprocentowo pełną. No, ale jakiś wstęp do serii o Jolanie trzeba było zrobić więc trudno mieć o to pretensje do Sentego.

    Zgadzam się więc niemal stuprocentowo z autorem recenzji. Sam album oceniam jako najlepszy od czasów, niech stracę - "Barbarzyńcy" :). Jutro zabieram się za lekturę "Louve" i mam nadzieję, że ponownie się nie rozczaruję :).

    OdpowiedzUsuń